niedziela, 26 kwietnia 2026

Uzbekistan Taszkient 26 listopada

26 kwietnia 

 Wstajemy o wpół do dziewiątej . szybko zbieramy się na śniadanie. Niestety nie spełniło moich oczekiwań. jajecznicy i omletów w  hotelach nie lubię bo smażone na oleju. Myślałam, że  będzie duży wybór serów a tu niestety brak. Wędliny też nie zachęcające.Ale nic to . Ważne co przed nami. Wołamy przez Yandex Go taksówkę i jedziemy na plac Timura.. Opłata dwa dolary. Na placu oglądamy hotel Uzbekistan  pamiątka po  okresie Związku Radzieckiego. Hotel jest symbolem miasta.Budowla wielka, ale ażurowa siatka jakby oplatająca hotel dodaje mu lekkości. Pomnik Timura w  pięknym parku. Wkurza nas tylko to że wszystko pogrodzone i  trzeba narobić mnóstwo metrów by wejść na teren. Pomnik Timura okazały na koniu . Tu też znajduje się muzeum Timurydów w bardzo ładnym  budynku. Niestety mimo,ze  powinien być otwarty jest zamknięty. Idziemy do metra, Zapomniałam napisać że temperatura 30 stopni. Wejście przytykam kartę revolut i bramka się otwiera,  Stacja metra pięknie zdobiona. Gdy jedziemy proponuję Monice zwiedzanie stacji metra. Dojeżdżamy do stacji kosmonautów. Jest piękna. W niebieskiej kolorystyce  i portrety najważniejszych postaci związanych z  kosmosem Ciołkowskiego, Koralewa, Gagarina Tiereszkowej. Potem  stacja Uzbekistan Tu też oświetlenie i dekoracje piękne. Urzekła nas stacja Alisher nawoi. Cała z kopułami pięknie zdobionymi. Zresztą większość stacji na których byliśmy zachwycała nas  pomysłem i jakością materiałów z których zostały wykonane. . Dojeżdżamy do bazaru Chorsu Bazar. Budynek już nas zachwycił . Hala w postaci półkuli. Ogromna. Dach przepięknie zdobiony w kolorze turkusowym. W hali sprzedaż wszystkiego. Przede wszystkim artykuły spożywcze. Mięso  takiej jakości że nie wiem czy widziałam w Polsce.Piękne świeże. To samo kiszonki, warzywa,sery, słodycze, przyprawy. Od tego wszystkiego kręci się w głowie. Wchodzimy na galerię by spojrzeć z góry na całość. TU sprzedaż słodyczy , orzechów,  przypraw. Wszędzie pełno ludzi. Wokół bazaru sprzedaż wszystkiego co się da sprzedać. Dodam,ze  wszędzie czysto zaglądamy do piekarni by zobaczyć jak się piecze ich chleb. To okrągły  puszysty placek. Oczywiście pieczony na ogniu. Kupujemy jeden jeszcze gorący. Monika  skubie go cały czas..Wychodzimy z bazaru. szukamy  drogi do medresy Kukuldesz.  Szukamy jakiś czas. Wreszcie chyba piąty człowiek  wskazuje nam prawidłową  drogę. Gdy dochodzimy do medresy   jestem zaskoczona. Oczekiwałam jakiejś ruiny a tu piękne wejście  zdobione a jakże . Płacimy po 20000 sumów czyli po około 1,75 dolara. Wybudowana w XVI wieku   po remoncie znajduje się w doskonałym stanie.. Dziedziniec  zadbany . Zagląsdamy do sal wykładowych . Drzwi pinie zdobione. Wchodzimy na górę by spojrzeć jeszcze  z góry na piękny dziedziniec. Potem meczet piątkowy z 3 zielonymi kopułami. Wchodzimy do niego bez problemów.  Jest kilku mężczyzna modlących się ale kilku leży sobie i odpoczywa. . Jest to najstraszy meczet w Taszkiencie  i jeden z największych w Uzbekistanie. Wnętzre oczywiście zdobione pięnymi płytkami w kolorze  turkusu.  Po wyjściu wołam przez Yandex Go taksówkę. Podają mi numer rejestracyjny. Po chwili wydaje misię że  taka przejechała, ale się nie zatrzymała. Komórka mi pkazuje ze taksowka będzie za minutę więc czekam . Po chwili dostaję wiadomośc że taksówka czeka.  Wsiadmy i za dwa dolary dojeżdżamy  do białego meczetu. jest to nowy meczet, Wybudowany w ciagu roku przez władze Uzbekistanu.Wnętzre bardzo bogato zdobione. Przed  meczetem wiszą  galabije dla kobiet. Są bezplatne. Wchodzimy do meczetu ten wydaje się jeszcze większy od poprzedniego.  Bardzo nam się podoba. Teraz kolej na wieżę telewizyjną. Jest w zasięgu naszego wzroku, Idziemy na azymut.. Ptyam faceta o drogę ten wskazuje nam w lewo . Idziemy a to teren kliniki. Wracamy idziemy według naszych przeczuć. Pytamy kolejengo. Pokazuje nam drogę idziemy wzdłuż płotu . Wieża coraz bliżej. Wchodzimy na teren parku Expo. Strażnik każe nam iść  prz park. Coś mi jednak nie pasuje. Pytam faceta  . On sprawdza w google maps i twierdzi że tędy nie pzrejdziemy . Dobra wracamy na ulicę. Znowu niekończące się płoty. Jakieś szkoły, kluby sportowe. W końcu wi8idzimy że już wieżę minęłyśmy. Pytam dwójkę ludzi, którzy szli obok nas. On mówi ze tez tam idą. W  końcu jakimiś skrótami docieramy do wieży. Płacimy za bilety po 100000 sumów  czyli około 8 dolarów. Wjeżdżamy na gę. Widok może nie jest imponujący ale pokazuje ogrom miasta i to ze  miasto ma generalnie niską zabudowę i mnóstwo zieleni. Wjeżdżamy jeszcze wyżej do restauracji. Tu przed wejściem siedzi  dziewczyna i oznajmia nam że wszystko zajęte. Ja pytam ile trzeba czekać. Ona  ze godzinę. Ja się upieram ,żeby poszła i sprawdziła. Nie ma niestety na to ochoty . Jestem głodna i  nie chce mi się szukać jakiejś innej knajpy. Ale  postanowiłam wejść i zapytać kelnerki jak sytuacja. W tym momencie wychodzi kelnerka o  na moje pytanie o wolny stolik oświadcza, ze ma wolny. Podaje nam kartę po rosyjsku i znika, Po angielsku możemy sobie zeskanować z kodu QR. Z tym sobie nie poradziłam ,ale  z kartą po rosyjsku tak. Decydujemy się na jagnięcinę. Po długich oczekiwaniach przychodzi kelner. Pomaga zeskanować  kod QR chociaż nie idzie mu to łatwo. Jagnięciny nie ma. Biorę uzbecką zupę . Monika łososia. Moja zupa super Moniki łosoś tez. Najedzone i zadowolone ruszamy do metra. Pytamy o drogę.Stoi dwóch facetów. jeden pokazuje w lewo drugi w prawo. Wreszcie ustalają że w lewo bliżej. Chyba jednak stracili miarkę. Bo stację metra widziałam  niedaleko wieży telewizyjnej, a my szłyśmy i szłyśmy. Metrem dojeżdżamy do Przed  wieżą  facet sprzedaje balony w kształcie serc. zapomniałam napisać że restauracja to ulubione miejsce zakochanych. Większość  klientów to pary z  bukietami  kwiatów, stoiki obsypane płatkami róż, . Metrem dojeżdżamy do City Park. Po drodze  chłopak wskazuje nam drogę. Rozmawiam z nim. On oczywiście mówi o Lewandowskim . Dzisiaj chyba trzeci facet jak słyszy że jesteśmy z Polski to od razu Lewandowski. Miło że ten piłkarz jest taką wizytówką naszego kraju. Szkoda że u nas tak go hejtują. W  city Park są wielkie hotele ogromne centrum handlowe i śpiewające fontanny. Czekamy pół godziny na rozpoczęcie spektaklu. Opłaciło się . Trochę nas polały fontanny ale pokaz był  super.  Taksówką Yandex wracamy do domu.  Taki sposób poruszania się jest doskonały. W hotelu nie mogę uruchomić  internetu w komputerze. Chłopak z recepcji mi pomaga. Piszę bloga a Monika śpi. Jutro pobudka o 5 rano. 





































Uzbekistan 25 kwietnia

 Warszawa Taszkient 25 kwietnia

25 kwietnia Warszawa Taszkient

Hurra lecę do Uzbekistanu. Nosiłam się z tym zamiarem od dawna, ale jakoś nie wychodziło. Przed świętami Wielkanocnymi Monika zgłosiła akces  wspólnego wyjazdu. Majówkę wykluczałam , bo urodziny Marceliny. Gdy się okazało że Marceliny urodziny później będą obchodzone a je mam wolne od sądów  pełne dwa tygodnie to szybko się zebrałam i  wszystko zorganizowałam. Wylatujemy  liniami LOT. Niestety znowu nie mam najlepszych wrażeń. W samolocie bardzo gorąco. Nawiew  beznadziejny. Obsługa  niestety też . Zbieranie brudnych naczyń po posiłku dopiero po półtorej godzinie. Wyjść  nie można bo stoliki otwarte. To samo przed lądowaniem Podawały  napoje i  słodycze. Brudne kubki  czekały praktycznie do lądowanie na stolikach. Samolot  pelen pasażerów. Ani jednego miejsca wolnego. Lądujemy o czasie to znaczy pół godziny po północy. Odprawa idzie sprawnie. Wymieniam 100 dolarów na sumy. dostaję  1290000 sumów. Jeden dolar to 12900 suma. Uruchamiam karte e-sim  oraz sprawdzam aplikację Yandex Go. Przez aplikację wołamy taksowkę .Taksówka podjeżdża wsiadamy i za 15 minut jesteśmy w hotelu. Płacę 41000 sumów czyli 3 dolary. Na lotnisku kierowcy chcieli 15 dolarów a hotel 20 dolarów od osoby, . W hotelu jakieś nieporozumienie bo facet mówi że pokój jest zarezerwowany dla jednej osoby. Gdy pokazuję wydrukowaną rezerwacje   poprawia się. Płacę kartą revolut. W pokoju okazuje się ze na  rezerwacji było że hotel kosztuje 269 dolarów a on mi policzył 281 dolarów.. Rano zrobię reklamację Teraz tylko herbata i spać bo jest już 3 rano.

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Finlandia, u św. Mikołaja 7-11 grudnia 2025 r.

 Finlandia Laponia 

z wizytą u św. Mikołaja

7 grudnia 2025 r.

Rodzinną grupą Kuba z Olgą Marceliną Michasię i Ja z Jagną  jedziemy do św. Mikołaja . Wyjazd był planowany już od dawna. Gdy dowiedzieliśmy się że Lot otwiera bezpośredni przelot do Rovaniemi od razu ruszyliśmy do działania. Kupiliśmy bilety pod koniec czerwca . Za bilet w obie strony za osobę dorosła zapłaciliśmy po 1361 zł a za dziewczynki po 1100 zł. Roczna Michasia leciała za całe 94 zł. Potem szukamy noclegu. Olga z Kubą znaleźli na Bookingu wspaniały apartament  w samym centrum Rovaniemi. Trzy pokoje, oddzielna kuchnia . Duże pomieszczenia. Zapłaciliśmy za 4 noce 6000,00 zł. Rezerwacje zrobiła Olga z Kubą już w sierpniu. Finlandia jest drogim krajem. Dlatego przygotowania zaczęliśmy dużo wcześniej. Program wycieczki miałam w głowie, bo przecież  byłam już z Heniem. Jednak postanowiłam skorzystać z pomocy Andreasa przewodnika którego poznałam w czasie pierwszego pobytu. Utrzymywałam z nim kontakt przez whatsaapa. Andreas Rojas jest Kolumbijczykiem, który przeprowadził się do Finlandii z rodziną. Jest fantastycznym komunikatywnym  przewodnikiem. Poprosiłam go o zorganizowania nam wszystkich atrakcji w czasie pobytu. Kontaktowałam się z nim przez whatsappa  +358406259653. Opracował nam  plan pobytu, który uzgadniał z Olgą i Kubą. Oni musieli decydować co jest do przyjęcia w ich przypadku, bo przecież byli z 4,5 letnią Marceliną i roczną Michaliną. Wszystko zostało zapięte na ostatni guzik. Przed wylotem przelaliśmy na jego konto  zaliczkę . 7 grudnia spotykamy się na lotnisku. Odprawa przebiega błyskawicznie, bo jesteśmy grupą z małym dzieckiem. Dziewczynki Marcelina i Jagna bardzo podekscytowane. Martwię się czy Michalinie nie zatkają się uszy. W samolocie  full pasażerów. My siedzimy w jednym rzędzie i  mamy jedno miejsce wolne. Michalina może mieć więcej przestrzeni. Dziewczynki fajnie  zajmują się swoimi sprawami. Po dwóch i pół godzinie lądujemy w Rovaniemi. Zmiana czasu . Tu jest już 15.20. Wokół ciemności. Niestety noc polarna ma to do siebie że trwa tu 20 godzin. Szybko odbieramy bagaże . Przed lotniskiem czeka na nas Andreas. Już wcześniej kontaktował się z nami, by ustalić  rozmiar odzieży dla nas. Poprzednio jak byłam mrozy w ciągu dnia przekraczały nawet 25 stopni, więc na nasze ubrania nakładaliśmy jeszcze dodatkowo kombinezony. Mieliśmy też dodatkowo buty i skarpety.  Przywitanie gorące. Bardzo się cieszyliśmy z Andreą z  ponownego spotkania. Podwiózł nas do zarezerwowanego apartamentu. Umówiliśmy się na dzień następny na 9.30 Apartament super . Wszystko czyściutkie. Pomieszczenia duże, ciepłe. Kuchnia wyposażona we wszystko  co potrzebne. Nawet jest kawa do ekspresu i herbata. Jakieś płatki śniadaniowe, dżemy. My zabraliśmy ze sobą wałówkę na dzisiejszy wieczór i jutrzejsze śniadania, bo nie wiedzieliśmy czy uda nam się coś kupić na miejscu. Wieczorem jedziemy z Andreasem do wypożyczalni odzieży, żeby  pożyczyć ubranie na wycieczki. Przymierzamy kombinezony, ale decydujemy się wypożyczyć tylko buty. Temperatury nie są ekstremalne,  wiec damy radę w naszych  kurtkach i kombinezonach. Za to buty mogą się przydać, bo są wysokie nieprzemakalne  i ciepłe. Wracamy do domu, ale zostajemy na dworze   z  Marceliną i Jagną Nie jest zimno. Temperatura około minus 4 stopnie. Wokół mnóstwo śniegu. Zwalone pryzmy na dziedzińcu budynku są wysokie na parę metrów. Dziewczyny włażą na nie i zjeżdżają na tyłkach. Niestety nie mamy sanek, ani jabłuszek do zjeżdżania, ale dziewczynkom to nie przeszkadza. Bawią się świetnie. Obsypują śniegiem, który niestety nie lepi się w kule. Całkowicie przemoczone wracają do domu. Buzie czerwone, ale uśmiechnięte. Przebieramy dziewczynki i idziemy z Kubą do sklepu. Okazuje się, że w Finlandii sklepy w niedzielę są otwarte. Robimy zakupy. Ceny nie powalają tak jak się spodziewałam. Potem tylko kolacja, usypianie dziewczynek i wieczorne pogaduchy w kuchni przy herbacie i winie.



przed podróżą

na lotnisku
Czekamy na Andreasa

jagnie humor dopisuje

Jagna ma minę nietęgą

W Laponii
prace plastyczne
Pierwsza podróż Michaliny
w apartamencie choinka
na ulicach Rovaniemi
Marcelina zwycięzca
do pokonania  pryzma

zabawy na śniegu
















Marcelina aniołek




8 grudnia 2025 r.

Wstajemy wcześnie chociaż musze przyznać że niechętnie to robię. Za oknem jeszcze noc głucha. Szykujemy śniadania . Idzie to nam  niespiesznie. Mamy trochę czasu do przyjazdu Andreasa. Gotowi czekamy na jego samochód. Po chwili nadjeżdża. Jedziemy do wioski świętego Mikołaja. Dziewczynki się przygotowały. Jagna przywiozła listy kolegów i koleżanek z grupy przedszkolnej. Marcelina narysowała laurki.  Podróż trwa około 20 minut. Gdy wysiadamy okazuje się że nie został zabrany plecak Marceliny, w którym były laurki. Kuba wraca do  apartamentu z Andreasem. My  idziemy do domy św. Mikołaja. Jest duża kolejka. Stoimy jakąś chwilę. Dzwoni Kuba i mówi nam ,że  to nie jest właściwe miejsce, że trzeba przekroczyć krąg polarny i  tam jest właściwe biuro św. Mikołaja. Zanim się ogarnęłyśmy z Olgą nadjechał Kuba. W komplecie idziemy do właściwego budynku. Przekraczamy krąg polarny zaznaczony na ziemi, a raczej śniegu. Tu okazuje się ze wejścia na określoną godzinę. Trzeba  przed budynkiem wziąć  wejściówkę z określoną godziną.  Dostajemy wejściówki na 11.30. Mamy trochę czasu wiec   robimy zdjęcia przy słupach oznaczających krąg polarny i zwiedzamy wioskę św. Mikołaja. Dziewczynki są pod wrażeniem. Wreszcie nadchodzi nasza godzina. Wpuszczają nas za bramkę. Ale, ale nie tak szybko. Do Mikołaja jeszcze droga daleka. Idziemy wśród półmroku po drewnianej platformie. Wszędzie pełno prezentów przygotowanych do zawiezienia dzieciom. Kolejka do wejścia jest długa. Czekamy około godziny. Dziewczynki zaglądają prze dziurki od klucza do różnych pomieszczeń. Tam dzieją się różne rzeczy. Pakowanie prezentów, pieczenie pierniczków. Czas mija szybko.  Przed wejściem  musimy zdjąć nasze kurtki. Dostajemy ogromne torby, żeby je zapakować. Mikołaj siedzi na fotelu . Wita się z nami. Dziewczynki dają to co przyniosły. Są bardzo onieśmielone. Siadamy do zdjęcia i  chwila moment i koniec wizyty. W drodze powrotnej wykupujemy wszystkie zdjęcia i film . Wszystko 60 Euro. Teraz droga na pocztę św. Mikołaja. Tu kupujemy kartki i wysyłamy. Trwa to trochę, bo Jagna sama pisze kartki do przedszkola i do Rodziców i Bać i Dziadka. Spędzamy jeszcze trochę czasu w wiosce. Dziewczynki korzystają z ogromnej ilości śniegu i bawią się  na wszystkie możliwe sposoby. Jednak temperatura i troska o Michaliną powoduje, ze wracamy do apartamentu. Postanawiamy zjeść obiadokolację w Rovaniemi a nie w wiosce. Chcemy iść do restauracji Roka polecanej prze przewodniki. Ale jest straszna kolejka na zewnątrz. Z malutką Michaliną nie możemy tak długo czekać. Decydujemy się na bar 21. Kuba z dziećmi zostaje na zewnątrz, a my z Olgą wchodzimy sprawdzić czy są wolne miejsca. W tym czasie do Kuby z trójką dzieci podchodzi facet i proponuje  dwie pary sanek . Kupił dla dzieci i już wyjeżdża. Oczywiście Kuba przyjął  sanki w prezencie. Ale była radość. Myślałam o zakupie sanek, i miałam to skonsultować to z młodymi a tu taka frajda i to jeszcze dwie pary. My zapewne kupilibyśmy jedną parę dla dwóch. Okazało się że są wolne miejsca w barze. Tutaj podobno jest wspaniała zupa z łososia. Zamawiamy z Olgą zupę. Kuba burgera a dziewczynki frytki i kurczak.  Nasza zupa zimna. Zgłaszamy to kelnerce. Ona proponuje nową zupę. Trochę nam szkoda, że ta zostanie wylana. Rezygnujemy. Po chwili kelnerka przychodzi i proponuje nam że podgrzeje zupę. Zgadzamy się. Przynosi  podgrzaną ale o kilka stopni. Nie jesteśmy  ukontentowane, ale zupa dość dobra. Wracamy oczywiście dziewczyny na sankach. Ile radości. Oczywiście nie ma powrotu do domu. Teraz trzeba wykorzystać sanki. Dziewczynki zjeżdżają z każdej pryzmy , a jest ich tu wiele. Chodzimy po Rovaniemi i pozwalamy im wyszaleć się. Mają niesamowitą atrakcję. Gdy już całkiem przemokły wracamy do domu. Ale niestety nie możemy liczyć na zmęczenie dzieci. Szaleją w pokoju i korytarzu. Z sanek stawiają namiot. Bawią się znakomicie. 

w wiosce św. Mikołaja

w wiosce św. Mikołaja

w wiosce św. Mikołaja

są też Muminki

są też Muminki

prezenty czekają


wysyłamy kartki

wysyłamy kartki

zabawy na śniegu też są




w biurze św. Mikołaja

w oczekiwaniu na wizytę 

prezenty czekają






















w wiosce św. Mikołaja
na kole polarnym


nosek czerwony

ale radość




Marcelina i elf

tuż przed wizytą 


w Biurze św. Mikołaja

piszemy kartki

piszemy kartki

sanki się przydają

sanki się przydają


szaleństwa na pryzmie śnieżnej

Bałwanek Jagny

w Rovaniemi




wykuty w śniegu bałwanek
zabawy na śniegu


















9 grudnia

Dziś  jedziemy na farmę psów arktycznych. Gdy schodzimy na dół wita nas  inny przewodnik Ahmed. Przyjechał z Bangladeszu. Bardzo miły i sympatyczny człowiek. Przy samochodzie małe qui pro quo. Olga kazała Kubie zabrać  niebieskie rękawiczki dla Michaliny , które  miały leżeć na kanapie. Kuba wziął to co tam leżało. Na dworze zaczyna ubierać Michalinę. Zakłada rękawiczkę a tu się okazuje ze to bucik uszyty z takiej samej filcowej tkaniny. Olga się denerwuje, a my się śmiejemy. Oczywiście Kuba wraca po rękawiczkę. Jedziemy na farmę . Jest jeszcze półmrok chociaż jest już wpół do dziesiątej. Drogi zasypane. Wszędzie leży śnieg. Dojeżdżamy na miejsce. To farma w Sarenkyla. Jest w lesie. Stoi małe kota tradycyjny domek Samów  okrągły z paleniskiem pośrodku. Schodzimy niżej. Tu wielkie  kojce  z psami. Są przywiązane długą smyczą do druta i mogą poruszać się po dużej przestrzeni. Bardzo chcą się ruszać. Gdy opiekun wchodzi do kojca szczekają prosząc, by wybrał je do zaprzęgu. . W zaprzęgu jest 7 psów. Psy są różnej rasy husky. Dziewczyny znalazły porzucone trochę uszkodzone sanki i już zjeżdżają. Ahmed bawi się z nimi. Bez znajomości języka dobrze się porozumiewają. Czekamy chwilę w kolejce na nasze sanie. Obserwujemy psy i ich opiekunów. Widać wielką przyjaźń ludzi ze zwierzętami. W końcu wsiadamy. Ja z dziewczynkami a Kuba z Olgą i Michalinę. Psy ciągnę. Sanie pędzą szybko. To w górę to w dół. Na zakrętach przyspieszają. Jazda fajna. Wśród lasów , drzew pokrytych grubo śniegiem . Jest malowniczo. Dziewczynki zawiedzione, że za krótko. Po przejażdżce jesteśmy zaproszeni do  kota domku w kształcie namiotu z paleniskiem w środku. Dostajemy gorące napoje i  ciasteczka na przekąskę. Wracamy do domu. Mamy chwilę na relaks i ewentualne przebranie się. Niestety dziewczyny chcą na sanki. Idziemy do parku gdzie są  zjeżdżalnie i górka . Tam bawimy się przez godzinę. Trzeba wracać bo lunch i renifery czekają. Postanawiamy iść na lunch. Oczywiści najpierw do baru Roca. Kolejka jeszcze większa niż wczoraj. Kuba zaczyna szukać czegoś innego. Trafiamy do bary w którym  płacisz z góry i jesz ile chcesz. Zaczynam negocjować, że  dwójka dzieci może policzą za jedno. Ale nie ma zgody. Zostajemy. Napychamy się ile się da. Zupa mnóstwo przystawek. Mięsa, ryż ziemniaki i desery. Tylko napoje dodatkowo płatne. Nie były to szczyty gastronomi ale się najedliśmy. Wracamy do  domu. Tu mały odpoczynek i znów wycieczka do reniferów. Jedziemy na farmą położoną  7 km od Rovaniemi. Znów piękna przyroda cisza, las i śnieg. Na farmie znajduje się dom właścicieli oraz budynki gospodarcze. Idziemy do reniferów. Tu przekraczamy ponownie  krąg polarny. Właściciel twierdzi że to właśnie tu a nie w Rovaniemi. Nam zdaje się jest to obojętne  czy tu czy 7 kilometrów dalej. Co to ma za znaczenie po przebyciu tysiąca kilometrów z Warszawy. Renifery zaprzęgnięte są do sani. Sanie wymoszczone skórami reniferów. Renifery nie są wysokie. Bardzo przyjazne. W saniach siadamy po dwie osoby. Przejażdżka magiczna . Wszędzie biel sanie, renifery mroźne powietrze i tylko na niebie świecące gwiazdy, które pojawiły się po raz pierwszy. Po przejażdżce  poczęstunek. Gorące napoje , sok jagodowy i ciasteczka. Pełni wrażeń wracamy do domu. Oczywiście nie obejdzie się bez jazdy na sankach. Śniegu jeszcze przybyło. Dziewczyny szaleją na śniegu. Odłamują kawałki zmarzniętego lodu i robią z nich bałwanki. Idziemy na pobliski plac zabaw, ale one wolą zabawę w śniegu. Mokre, ale szczęśliwe wracają do  domu. Tu kolacja znowu porcja zabaw i do spania. Jutro rano wcześniejsza pobudka.

pieski w zaprzęgu

zaprzęg gotowy

powitanie opiekuna zpsem


przygotowanie do jazdy


jedziemy

jedziemy

no to jazda


rozgrzewka w kota

gorący napój i ogień

na placu zabaw
kojce dal psów

znalezione sanki 

widoki cudne

na placu zabaw

fajna budka

na kręgu polarnym

herbata zaraz będzie

sanna z reniferami

sanna z reniferami

sanna z reniferami

sanna z reniferami

na farmie


na farmie

na farmie

na farmie

ciasteczko?

renifery czekają

kumoszki

ha ha ha



droga powrotna


zawsze można znaleźć zabawę

przymierzamy buty

na farmie

zaprzęg gotowy



zaprzęg gotowy


renifery na farmie


na farmie

ciasteczka i napój
wieczorne zajęcia


10 grudnia

Jagna dziś w nocy spadła z łóżka. Szybko ją podniosłam. Słyszałam jak uderzyła głową w podłogę. Trochę płakała, ale szybko zasnęła. Rano żartowałam z niej że nie otworzyła spadochronu. Ma siniaka na skroni. Przyjeżdża  po nas Ahmed i ruszamy do wąwozu Kurouoma. Jest to przepiękny wąwóz z wodospadami rzeką płynącą na dnie . Znajduje się w parku narodowym. Jedziemy 2 godziny po zaśnieżonych drogach Finlandii. Wysiadamy na plance. Zabieramy sanki i ruszamy w drogę. Jest cudownie. Całkowite pustkowie. Wszystko pokryte śniegiem, który jeszcze dopadał w nocy. Jest bajkowo. Trochę żal że nie ma słońca. Idziemy przepięknym wąwozem. Brodzimy w śniegu. Dziewczynki na sankach. Jagnę ciągnie Ahmed. Mam więc wolne jako starsza pani. Co chwila się zatrzymujemy i jęczymy z zachwytu. Dzieciom też podoba się okolica. Dochodzimy do pierwszego zamarzniętego wodospadu. Droga  to w górę to w dół., ale bardziej w dół. Dochodzimy do wielkiego zamarzniętego wodospadu. Jest ogromny. Szkoda że nie ma słońca bo by się na pewno lepiej prezentował, ale i tak robi na nas wrażenie. Wracam tą samą drogą. Jagna idzie duża część na nogach bo trasa pod górę a śniegu ogrom więc trudno ciągnąć sanki pod górę. Radzi sobie doskonale. Wsiadamy do samochodu i jedziemy do Autti gdzie będziemy mieli ognisko.  Tu tez cisza spokój. Uroczy zakątek. Ahmed rozpala ognisko. Ja schodzę niżej po schodkach. I widzę cudowne miejsce. Po jednej stronie tama a po drugiej piękna spokojna rzeka wśród ustrojonych na biało drzew. Wołam towarzystwo żeby razem podziwiać widoki. Ochom o achom nie ma końca. Dziewczyny jak zwykle nurzają się w śniegu. Puch sięga im do pasa. Sa przeszczęśliwe. W tym czasie Ahmed upiekł kiełbaski. Trochę opalone ale po zerwaniu skóry są pyszne . Tym bardziej że już jesteśmy głodni. Kawa, herbata a dla dzieci jeszcze pianki pieczone na ogniu. Są zachwycone. Korzystam z toalety. Jest ekologiczna. Taka sławojka ale trzeba wszystko zasypać wiórami. Jest bardzo czysta. Już dawno zrobiło się ciemno. Po nocy wracamy do Rovaniemi. Zegnamy się z Ahmedem. Dziękujemy mu wręczając napiwek. Bardzo się ucieszył. Mieszka w Finlandii 2 lata. Zona i córka mają już obywatelstwo. On nie ma bo nie zdał języka fińskiego.  Ma próbować w najbliższym roku. Bardzo miły i uczynny człowiek. Szuka lepszego życia. Zna doskonale angielski. Oczywiście po powrocie nie ma mowy o wejściu do domu bez jazdy na sankach. Znowu zaspy jeszcze większe. Dziewczyny zapadają się po pas. Znalazły dobrą pryzmę do zjeżdżania, chociaż nie zawsze im się udaję zjechać. Czasami oddzielnie sanki oddzielnie one. Właściciele zgodzili się żebyśmy jutro opuścili apartament po 13 a nie jak w rezerwacji o 11. Mamy więc czas na  pakowanie i wolne do południa. Wieczorem gdy szłam spać postanowiłam przy łóżku Jagny położyć  ubrania żeby nie potłukła się jak spadnie. Nie mogłam przy łóżku postawić krzesła zabezpieczającego bo było za mało miejsca. Jakież było moje zdziwienie jak zobaczyłam, że Jagna  przygotowała sobie  na wszelki wypadek miękkiego lądowanie. Wzięła pikowaną narzutę wsunęła pod materac na całej długości łóżka i wzdłuż stolika nocnego i ułożyła resztę na podłodze tak że w przypadku upadku stoczyłaby się po narzucie. Oniemiałam z wrażenia. Mała 5 letnia dziewczynka myśli z wyprzedzeniem i wie jak sobie poradzić. Położyłam na narzucie trochę grubych ubrań żeby miała miękko jak spadnie. Na szczęście tej nocy nie spadła. Natomiast wieczorem upadek w czasie snu zaliczyła Marcelina. Ale nawet się nie obudziła.

zima w pełni


zabawy przed domem

instrukcja obsługi kibla

trociny do kibla

kiełbasa samkuje

grill

kiełbasa smakuje

ale śniegu

ale śniegu


wpadamy po pas

przedzieramy się

aniołka też można zrobić

tama na rzece

cudny widok


bajkowo


czekamy na grilla

zamarznięty wodospad


widoki po drodze

widoki po drodze

widoki po drodze

widoki po drodze

widoki po drodze

trochę ślisko

wędrujemy

śniegu w bród

zamarznięty wodospad

śniegu w bród

śniegu w bród

śniegu w bród

zamarznięty wodospad



zamarznięty wodospad

śnieg z żywicą

śnieg z żywicą

na trasie

widoki po drodze

widoki po drodze

widoki po drodze

widoki po drodze

widoki po drodze


zamarznięty wodospad

zamarznięty wodospad


wedrujemy



11 grudnia.

Po śniadaniu pakowanie. Bierzemy z Kubą Dziewczynki i idziemy na ostatnie sanki. Znajdujemy długi chodnik  z dobrym zjazdem. Wreszcie widać wschód słońca. Niestety nie mieliśmy szczęścia i nie pojechaliśmy na oglądanie zorzy polarnej bo cały czas było zachmurzone niebo. Dopiero dzisiaj mogliśmy zobaczyć jak 0 11.30 wschodzi słońce. Zostajemy z dziewczynkami na sankach a potem idziemy przed lunchem na małe co nie co  do baru Roca. To nasze trzecie podejście. Tym razem kolejka jest mniejsza, ale i tak musimy czekać jakiś czas na zewnątrz. W końcu dostajemy stolik. Ja zamawiam pieczeń z renifera. Jest znakomita. Dzielę się z Kubą bo dla mnie zbyt duża porcja. On daje mi swojej zupy a łososia. Jest przede wszystkim ciepła i smaczna. Tak posileni wracamy do apartamentu. Przyjeżdża po nas Andreas i zawozi na lotnisko. Żegnamy się ze znakomitym przewodnikiem, dajemy mu sanki  na których dziewczynki jeździły i mówimy do zobaczenia. Mamy niedosyt.  Nie zobaczyliśmy zorzy   Odprawa przebiega sprawnie ale  nagle dzong. Samolot opóźniony. Czekamy na lotnisku dodatkowe 2 godziny. Dostajemy bony na zakup kanapek. Dobre i to. W samolocie nieco mniej pasażerów. W pewnym momencie Marcelina zaczyna wołać zorza, zorza. Nikt nie zwraca  na to uwagi. Nawet Kuba któremu Marcelina chce pokazać zorzą. Ale gdy wyjrzał przez okno też zaczął wołać zorza zorza. Oczywiście aparaty w ruch i  nie tylko my ale inni pasażerowie   robią zdjęcia. Na koniec chociaż trochę zobaczyliśmy zorzę. Obłożenie w samolocie  może na 85% ale i tak Lot trafił z wyborem trasy na okres świąteczny. Na lotnisku czeka na nas Bartek. Jagna szczęśliwa, że widzi tatę, bo mimo wszystko stęskniła się za Rodziną. Po powrocie przeanalizowałam koszty naszego wyjazdu  z wycieczką z Opal Travel. Porównywalne atrakcje (a uważam że nasze psie zaprzęgi i renifery były o niebo lepsze od tych z wioski św. Mikołaja) a koszt pobytu z wyżywieniem przelotem mieszkaniem był o ponad 50 procent niższy niż z biura podróży. Warto było zdecydować się na samodzielny wyjazd i skorzystać z pomocy Andreasa.


Michalina na sankach

poranek o 11.00 




Dziewczyny szaleją

dziewczyny szleją

przed lotniskiem

na lotnisku

na lotnisku
zorza polarna

zorza polarna







10.30 w Laponii

11.00 w Laponii





samotna Michasia?