środa, 4 listopada 2026

Południowy Pacyfik, Fidżi 2026

 4 listopada 

Na lotnisku  znowu problem. Wzięłam na "czarną godzinę"puszkę z konserwą angielską kabanosy zapakowane i chleb razowy zapakowany. W deklaracji celnej wpisałam,że mam  produkty pochodzenia roślinnego i mięsnego. Prześwietlona walizka wykazała puszkę. Oczywiście zabrali mi ją. Ale na kabanosach i chlebie się nie poznali i nas puścili . Oczywiście facet poszedł sprawdzić czy wpisałam w deklarację ta puszkę. Kara byłaby 400 $ fidżyjskich. Wymieniamy na lotnisku pieniądze i taksówką jedziemy do hotel Nalagi.  Mimo że przyjechaliśmy bardzo wcześnie. Było trochę po siódmej  dostaliśmy pokój. Pokój super czysty, duży. Szybka toaleta i lecimy na śnaidanie w hotelu. Oczywiście musimy za nie zapłacić bo dopiro od jutra jest w cenie hotelu. Po śniadaniu ruszamy do miasta. Pani z recepcji zawozi nas do największej na bazar warzywny. Łazimy między straganami pytająco nzwy nieznanych nam warzyw i owoców. Lubię takie  prawdziwe bazary, bo one pokazują  prawdziwych  mieszkańców, ich zachowania, . A tu wszyscy do nas "bula, bula". Potem zahaczamy  o bazar "handycraft" Specjalnie nie rzucają nas na kolana wyroby tutejszych rzemieślników. Ruszamy dalej do największej na  Fiji świątyni hinduskiej, Trzeba zapłacić po 5$ fidzijskich i owinąć nogi  szmatą- sarongiem  która nam dali. Idziemy na bosak po nieziemsko gorącym chodniku. Przy wejściu widzimy młodych ludzi i wydaje mi się że rozmawiają po polsku. Oni odchodzą my idziemy do świątyni. Ja już w niej byłam kilka  lat temu. Ale nawet po raz drugi i po zobaczeniu świątyń  na południu Indii robi wrażenie, W trakcie zwiedzania natykamy się na  dziewczynę którą widzieliśmy przy wejściu. Okazuje się że  to Polka przylecieli z Los Angeles. Ucinamy sobie miłą pogawędkę o podróżach. Gdy miasta ze świątyni znowu spotkanie z tą parą Polaków. jeszcze kilka  miłych zdań , wymiana wrażeń. i każdy idzie w swoją stronę.Bardzo mili ludzie. Chodzimy  po ulicach miasta. jest bardzo gorąco Co chwila wchodzimy do klimatyzowanych sklepów, żeby się chłodzić. Decydujemy się w końcu napić kawy i ruszyć do mariny. kawa pyszna. łapiemy taksówkę jedziemy do mariny. Tu spacer po nabrzeżu, gdzie stoją piękne jachty i wędrówka po sklepach. Zbyszek napalił się na zakup koszuli w duże kwiaty, apo odwidzeniu wszystkich sklepów odzieżowych w marinie rezygnuje, Taksówką wracamy do miasta. Sztuczna inteligencja wszystkich mi żeby odwidzieć park króla Karola. Taksówkarz podwozi nas pod obskurny budynek i twierdzi ze to park. Jesteśmy zdezorientowani. Kierowca odjeżdża, ale woła nas kobieta przez otwarte drzwi. Jest to jej mieszkanie ???. Potwierdza z e to stadion rugby i nazywa się park króla Karola. Zbyszek się śmieją  a ja niekoniecznie. Idziemy na piechotę do miasta. Upał straszliwy. Zbyszek zatrzymał jadącą taksówkę , która zawiozła nas do hotelu. Jesteśmy trochę zmęczeni. Pijemy herbatkę i idziemy na basen. Znajduje się on na dachu hotelu. Rozciąga  się  wspaniały widok i jeszcze na dodatek basen dochodzący do skaju ściany hotelowej. Wskakujemy do basenu i jak cudownie odchodzi zmęczenie. Po kilu basenach mogę znowu  biegać. Postanawiamy iśc do miasta na obiad. Idziemy 2,5 kilometra do fajnej knajpki Corner Nadi Fidzi. Jedzenie pychota Mięciutka wołowina z warzywami.  Palce lizać. Posileni wracamy na piechotę do domu czyli  hotelu. Tu czeka na nas praca z blogiem.


























































Południowy Pacyfik, Fidzi 2-3 listopada

 2- 3 listopada 2026 r.

Dziś wielki dzień . Po 9 latach znowu jadę ze Zbyszkiem na włóczę. Lecimy na Fidżi potem Tuwalu, Samoa, Kiribati i  powrót przez Sydnej. Od rana  gorączka przedwyjazdowa. Aluś zamawia  Ubera i ruszamy. Po drodze kolejny rachunek sumienia czy wszystko zabrałam. jedziemy wcześniej na lotnisko, bo chcę jeszcze zmienić    miejsca w samolocie na przelot z Abu Dabi do Hong Kongu. Lot trwa 7 godzin i nie chcemy siedzieć po środku. Najlepsze miejsca  to przy przejściu. Udaje nam się załatwić sprawę. Siedzimy w jednym rzędzie ale każde przy przejściu. Ruszamy punktualnie z Warszawy do Abu Dzabi.  Tu krótka przerwa na kawę i mały spacer po przepięknym terminalu . Linie Etihad którymi lecimy to linie arabskie. Wszystko na najwyższym poziomie. Do Hongkongu  ruszamy punktualnie. Przelot 6, 5  godziny. Lądujemy rano. bo różnica w czasie to już 7 godzin. Tu mamy 8 godzin czekania. Gdy wychodzimy z samolotu czeka na nas stewardesa  z informacją ze pomoże nam załatwić karty  boardingowe na przelot z Hongkongu do Nadi. Ja już karty  pobrałam z fidżyjskich  linii przed wylotem. Na lotnisku w Warszawie  chłopak stwierdził że nie ma możliwości ich wystawić. Nie przejmowałam.się tym bo karty były już mojej  komórce. Ale bardzo nas zaskoczyła troska linii lotniczych.Postanawiamy ruszyć do miasta, Szybką kolejką lotniskową  docieramy na Koowlon w 20 minut. Wędrujemy po ulicach  miasta. Tłok niesamowity. Stare budynki mają się dobrze. Na dodatek mieszczą się  w nich sklepy topowych marek. Docieramy do nabrzeża. Podziwiamy  panoramę miasta pijąc kawkę i przekąszając rybkami i kalmarami w panierce. Wracamy po drodze na lotnisko. Oczywiście  pogubiliśmy drogi i zaczęło się szukanie. Niestety  mieszkańcy Hongkongu  nie  znają angielskiego. Jakoś koniec końców docieramy do  letniskowego pociągu. Uff Znowu nam się udało. Gdy przechodzimy kontrolę bezpieczeństwa mój plecak    do dodatkowej kontrolo. Okazuje się że mam 4 powerbanki a wolno tylko 2. Na szczęście Zbyszek nie ma  żadnych i przepuścili nas.Idziemy na lunch do saloniku lotniskowego. jest sporo ludzi, ale można zjeść   lunch i wypić wino, piwo lub inny napój. Oczywiście super szybki internet i możliwość   odpoczynku w miarę kameralnej atmosferze. Wylot do Nadi  o 16.10.Lot 10 godzin. Będziemy rano w Nadi. Niestety tu już nie ma takiego komfortu jak w liniach Etihad ale nie ma się co czepiać . Dolecieliśmy o czasie i to jest najważniejsze. 

wieża zegarowa symbol Hongkongu

widok na miasto

widok na miasto



niedziela, 20 września 2026

Włochy Sardynia 18 września 2026 r

 18 września 

Śniadanie jak zawsze takie samo. Ruszamy do Alghero nad morze. Kupujemy bilety na  wycieczkę statkiem do jaskini Neptuna. Oddzielnie kupujemy bilety do jaskini. 

Ruszamy statkiem w drogę. Widoki piękne. Wysokie klify wpadające do morza . Do tego piękny lazur morza. Pogoda idealna. Po 50 minutach docieramy do jaskini. Widzimy ludzi schodzących po schodach do jaskini. Można się dostać do jaskini drogą morską bądź na piechotę  650 schodów w dół, a potem to samo w górę. nawet nie rozważałyśmy takiej opcji ze względu na kolana Bożenki. Gdy wysiadamy ze statku  ogarnia mnie  zniechęcenie. Ogromny tłum wchodzących do jaskini. .Jednak  po wejściu do jaskini już  jakoś się  rozluźniło. Jaskinia cudna. Pięknie podświetlone   stalaktyty . Mnóstwo zwisającej z góry  drobnicy  nazywanej makaronem. Do tego  stalagnaty stojące jak filary podpierające  jaskinię. Wszystko to odbija się w wodzie potęgując wrażenie. Przechodzimy z komory do komory i już nie wiemy, które piękniejsza. Po  prawie godzinnej uczcie dla oczu wracamy na statek. Jesteśmy obie pod wrażeniem piękna natury. Jest to niewątpliwie jedna z najpiękniejszych jaskiń jakie widziałam. Pewnie załapie się w pierwszej czwórce. Wracamy na ląd. Teraz coś dla ciała. Idziemy na lunch. Bożenka zamawia  sardyńskie gnocchi z sosem pomidorowym ja jagnięcinę. Oba  dania wspaniałe. Pychota. Powoli wracamy do hotelu. Teraz jest tu sjesta więc wszystko zamknięte. Przebieramy się w kostiumy o idziemy na basen. Ludzi raczej mało. Dwie godziny dla wody i słońca. Mamy w planie jeszcze  zwiedzanie muzeum korala czerwonego zwanego tutaj czerwonym złotem.  Muzeum otwierają o 17.Zbieramy się powoli do miasteczka. Muzeum ciekawe, trochę biżuterii. Pokazana historia  , sprzęt do zbierania koralowca. Teraz tylko zakupy i  to co miśki lubią najbardziej  łazikowanie po sklepach. Kupujemy pamiątki, drobne prezenciki dla bliskich. Na kolacji pustki. Pakujemy się. Ostatnie winko na balkonie i trzeba  myśleć o powrocie. Jutro pobudka. Nie bierzemy  śniadania w pudełku, bo wiemy ze jest beznadziejne.  

Rano pobudka. Droga na  lotnisko i powrót do domu. Bez większych przygód lądujemy w Modlinie i samochodem wracamy do Warszawy.

Sardynia ciekawa wyspa. Piękna przyroda  barwna historia . Kultura to mieszanina  wpływów rzymskich hiszpańskich, arabskich i włoskich. Kuchnia znakomita. Bardzo się cieszę że praktycznie objechałyśmy wyspę 

wypływamy z Alghero

klify

klify





schody do jaskini

wejście do jaskini


w jaskini Neptuna













to są makarony




a to płaszcze










falochron w Alghere

Alghero

w oczekiwaniu na lunch

sardyńskie gnocchi z sosem

szachy z korala
biżuteria z korala
biżuteria z korala
korale koralowe

jagnięcina