5 maja
To trzeba nie mieć po kolei w głowie żeby na własnym urlopie tak ganiać. Poszłam spać po pierwszej. Pobudka o 6 bo jedziemy do Tadżykistanu. Kierowca mówi nam że im wcześniej tym lepiej. Nie bardzo wiemy o co chodzi ale przystajemy na jego koncepcję. Wpadamy na śniadanie łapiemy co jest pod ręką i dalej w drogę. Do granicy jest 50 kilometrów. Kierowca cały czas bawi się komórką. Wreszcie ją odkłada gdy Monika mówi mu że jest narkomanem.Bardzo się denerwowałam jak używał tej komórki podczas jazdy bo oni tu jeżdżą jak wariaci na trzeciego wyprzedzają na pasch na ciągłej, przepisy dla nich nie istnieją.. dojeżdżamy do granicy. zostawiamy samochód i idziemy na piechotę na granicę. Przed bramą kolejka. Kierowca mówi nam że nieraz jest bardzo długa a szczególnie jak się przyjdzie późno. Czekamy do 9 . O tej godzinie otwierają przejście dla pieszych.Przejście dla samochodów to zupełnie inna bajka. Na drodze zapory żeby wystające z ziemi i ogromna bram którą wartownik zamyka za każdym samochodem.Gdy otworzyli przejście dla pieszych wszystko idzie w mar sprawnie., Przechodzimy granicę Uzbekistanu teraz ta sama procedura na granicy Tadżykistanu. Ale i tu i tam kontrolują nas 3 osoby. Najpierw sprawdzenie paszportu potem w okienku stempel wraz ze skanem twarzy i potem jeszcze raz przy wyjściu z budynku. Gdy miałam już przekraczać bramę Tadżykistanu zobaczyłam napis "witajcie w Tadżykistanie" Wyciągnęłam aparat i pstryknęłam. Przyleciał pogranicznik i kazał zniszczyć zdjęcie. Ok. Przeżyję. Jak przeszłam przez bramę zrobiłam ten sam napis bez problemów. Tu przesiadamy się do Toyoty Rav 4 i z innym kierowcą ruszamy w góry Fann. jedziemy oglądać 7 pięknych jezior znajdujących się w tych górach, Ruszamy z kopyta. Młody kierowca ale świetnie prowadzi. Droga dziurawa jak ser przy drodze pełno dzieci zwierząt a do tego niesamowity ruch. Wreszcie odbijamy w szutrową drogę. Nie wiem czy lepiej. Trzęsie, rzuca . cała moja terapia na kręgosłup została zaprzepaszczona. Po dwóch godzinach takich trzęsawek docieramy do pierwszego jeziorka. Jest cudownie przezroczyste i z pięknym szafirowo-granatowym kolorze. Do tego zwisające nad nim skały uzupełniają piękno na. Robimy zdjęcie, sapiemy i wzdychamy z zachwytu i dalej w drogę. Droga to w ski przyklejony do skały kawałek utwardzony. strach się bać. Dojeżdżamy do drugiego. To jest błękitne jak włoskie niebo . Prześliczne, jakieś takie radosne. Trzecie malutkie, bo jeszcze nie zeszła woda z gór. Kolor szmaragdowy. przy kolejnym zaczepiają nas dzieci. Niestety nie mamy nic dla nich. Robimy tylko zdjęcie. z czego się ciszą. Patrzymy też na domy z których te dzieci Gliniane klitki zawalające się. Widać ż e nie tylko trudno tu żyć ale jest też bardzo biednie. Jedyna siła pociągowa to osioł. czwarte jeziorko jest długie i w cudnym szmaragdowym kolorze. Nie możemy się napatrzyć. Jak niemądre robimy mnóstwo zdjęć. Od piątego z kolei trudno nas odciągnąć .Ma cudny turkusowy kolor. Jest duże a kolor niesamowity. Szóste jeziorko jest bardzo małe. Przewodnik mówi nam że gdy ma dużo wody jest w kształcie serca. Ma kolor zielony a w niektórych miejscach od glonów jasnozielony. ostatnie na wysokości 3000 m.n.p.m. jest duże otoczone z jednej strony górami z drugiej strony łąka. Można się położyć zjeść lunch. Dostałyśmy po pomidorze i po kawałku lepioszki czyli ichniego chleba. Pomidory umyłyśmy w jeziorze. Niestety trzeba wracać Wracamy tą samą drogą więc jeszcze raz możemy się przyjrzeć jeziorkom. Znów jak nieprzytomne robimy zdjęcia, Po drodze kierowca skręca i zawozi nas nad takie kaskady. Bardzo urocze miejsce. Droga powrotna to męka dla mnie..Chyba ten pomidor nie pogodził się z moim żołądkiem bo zaczął mnie bolec. Po dwóch godzinach podrzutów trzęsień ostrych skrętów dojechaliśmy do granicy. Teraz taka sama procedura tylko w odwrotnej kolejności. Nie ma też kolejki na granicy. siadamy do samochodu i o wpół do piątej lądujemy w hotelu. Mobilizuję Monikę że musimy iść coś zjeść. Nie bardzo ma ochotę ale przekonuję że na jednym pomidorze i kawałku lepioszki daleko nie zajedzie, a przecież wieczorem nie chce jeść bo za późno. Idziemy za rada recepcjonistki do restauracji Samarkanda. Nie powiem wypasiona. Baranie żeberka w sosie z granata też dobre.Najadłyśmy się za całe 125 zł. Wracamy do hotelu. Ja do bloga a Monika padła jak długa na łóżko i spi, Zaraz przyjedzie kierowca pokazać nam życie nocne Samarkandy.O 19.30 przyjeżdża kierowca . Zabrał ze sobą córeczkę. Jedziemy do mauzoleum . Kierowca zapewnia mnie że będziemy zadowolone. Gdy podjeżdżamy widzimy meczet z minaretami przed budynkiem ogromny basenem z wodą Całość podświetlona zmieniającymi się kolorami. Wszystko odbija się w wodzie. Rzeczywiście widok cudny.Robi wrażenie. Jest dużo ludzi. Robię zdjęcia.Monika gdzieś się zapodziała . Czekam na nią ze 20 minut. Dzwonię do kierowcy. On mówi zę Moniki nie ma. czekam jeszcze jakiś czas i ruszam do samochodu. denerwuje się co się z nią stało. Przychodzę do samochodu ale szukam samochodu z kierowcą i dzieckiem. Nigdzie ich nie ma . Okazuje się że poszedł szukać Moniki. Po jakimś czasie wracają w komplecie.Ruszamy do drugiej atrakcji. To śpiewające fontanny. Akurat zaczął się spektakl. Pokaz przepiękny. Nigdy takiego pięknego nie widziałam. Fantastycznie zgrana muzyka z ruchem wody i do tego fantastyczna kolorystyka. Cudnie. jesteśmy zachwycone. teraz ostania atrakcja to miasto na wodzie. Uzbek które dorobił się na ropie zafundował miastu Samarkandę w miniaturze i na dodatek na wodzie. Jak to zobaczyłyśmy to tylko rozdziawiłyśmy buzie z zaskoczenia i zachwytu. Jutro wyjazd do pałacu Timura.















































































































