Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filipiny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filipiny. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 grudnia 2013

30 listopada Filipiny

30 listopada

Niestety nadchodzi nasz ostatni dzień wakacji.Ostanie filipińskie śniadanie  zupa ryżowa z prażoną  cebulką- pycha. Lidka bardziej tradycyjnie- jajeczko. Dziś  oddajemy się szaleństwu zakupów. Najpierw zaliczamy wszystkie możliwe bazary. Kupujemy pamiątki i prezenty. Bazary toną w błocie, bo niestety znowu przeleciał deszcz -ale jakoś to nam nie przeszkadza. Cały czas zastanawiamy się jak spakować nasze bagaże, by walizki doleciały w całości i nie dźwigać na lotnisku bagażu podręcznego.W centrum handlowym zjadamy lunch. Marzy mi się  jeszcze raz ryba z grilla. jakież jest moje zdziwienie gdy kelner przynosi  kalmara z grilla. Oczywiście plecie coś trzy po trzy że mówił że to nie ryba  ale  bramka strzelona. Lidka męczy się nad gumowatym kalmarem, ja odpuszczam sobie i  zjadam tylko dodatki. Nie tak miało to wyglądać. Wracamy do hotelu i  oddajemy klucze do pokoju. Zostawiam swoje buty i sandały. Są już tak  zniszczone i śmierdzące że nie ma sensu ich  wieźć. Za to kupuję obranego duriana. jest to najbardziej śmierdzący owoc na świcie. śmierdzi jak  szambo wygląda po obraniu jak białokremowa kupa ale jest smaczny pod warunkiem ,że się to weźmie do ust.  Zobaczymy w jakim stanie dojedzie do Polski. Pakuję go w podwójną torbę foliową ale i tak z walizki unosi się fetor. Samolot mamy  parę minut po północy. Na lotnisko  jedziemy taksówką za 150 peso. Szybko i sprawnie odprawiamy się w emiratach i dalej hulamy po strefie wolnocłowej. Ceny zabójcze, ale okazuje się, że musimy wydać wszystkie pieniądze filipińskie, bo nie można ich wymienić  w kantorze.z tej prozaicznej przyczyny, że kantor jest nieczynny Jeszcze opłata za wyjazd 550 peso. Kantor w strefie nieczynny, ale  policjantka jest czynna i gotowa wymienić  peso na dolary oczywiście po niekorzystnym dla mnie kursie. Wolę jednak wymienić  peso na dolary niż kupować towary z 300% narzutem. Samolot oczywiście doskonale wyposażony, obsługa super. Około południa po szybkiej przesiadce w Dubaju lądujemy w Warszawie. Tym razem nasze walizki pokazują się pierwsze na karuzeli. Smród durianu unosi się wokół. Ciekawe czy ktoś będzie chciał  jeść ten owoc.  Na lotnisku czeka  stęskniona rodzina. Cieszymy się z powrotu, ale trochę żal, że skończyła się nasza przygoda.
PS Durianu oczywiście nikt nie zjadł stwierdzono,że się zepsuł w czasie podróży. Smród unosił się w koszu na śmieci przez parę następnych dni.
w centrum handlowym już święta

szczęśliwa rodzinka

pomnik królowej Izabelii

drink wygląda zachęcająco

ryby gotowe do grilowania

ostatnie filipińskie śniadanie


to już  pożegnanie z Manilą

szczęśliwi wszyscy

niedziela, 1 grudnia 2013

29 listopada Filipiny

29 listopada
Rano śniadanie we własnym zakresie  czyli bułka z serem. Mamy czas do 12 by się wymeldować z hotelu. Rano postanawiamy pojechać do browaru San Miguel. Łapiemy jeepneya i ruszamy w drogę. Oczywiście jazda w tłoku, ale już  jesteśmy oswojone. W browarze niestety niepowodzenie. Nie mają żadnych naklejek, bo piwo rozlewają do butelek  już z pomalowaną etykietką. Na dodatek leje jak z cebra. Wracamy do Cebu i jedziemy na  bazar Carbon, który jest bardzo rozległy Po deszczu jest bardzo mokro, wszędzie chodzimy po błocie. Na bazarze nie znajdujemy nic ciekawego dla siebie. Typowe towary dla miejscowych. Zresztą nie bardzo możemy cokolwiek kupować, bo ogranicza nas waga walizek. Możemy mieć tylko 20 kilogramów.Na lotnisku  okazuje się  że doszłyśmy do wprawy z wagą walizek, bo  nie musimy już nic przepakowywać. Mamy opóźnienie samolotu ale  niewielkie i o 21 lądujemy w Manili. Oczywiście znowu walka z mafią taksówkową nazywana tu taksówką lotniskową. Żądają według taryfikatora  ponad 20 dolarów, a my wiemy, że koszt przejazdu to maksymalnie 3-4 dolary. Kombinujemy jak dostać się na odlot. Ustalamy, że na odlotach jest  miejsce dla taksówek z miasta z taksometrem. Idziemy na górę. Okazuje się, że  kolejka długa i stają w niej również  pasażerowie z naszego samolotu. Gdy wsiadamy do taksówki i odjeżdżamy sto metrów taksówkarz żąda   300 peso. my wykłócamy się i żądamy zawiezienia z powrotem na lotnisko. Awantura trwa i trwa, a kierowca jeździ bez włączonego taksometru. Chce nas wysadzić na ulicy my się nie zgadzamy i żądamy albo zawiezienia do hotelu za 150 peso albo z powrotem na  lotnisko. Chłop w końcu się poddaje i włącza taksometr. Żąda tylko dodatkowej opłaty za trasie bez włączonego taksometru. Gdy dojeżdżamy do hotelu Lidka wręcza mu 150 peso mimo  to taksówkarz  na pożegnanie rzuca  dziękuję madame. Humory poprawia nam fajny pokój w hotelu. Mimo późnej pory idziemy na kolację. W holu hotelowym obserwujemy skalę seks turystyki na Filipinach, a szczególnie w Manili. Właściwie  połowa klientów hotelowych to panowie, którzy przyjeżdżają na seks turystykę. Mimo oficjalnego zakazu prostytucji  wszyscy to tolerują,  a właściwie akceptują.
kolorowy jeepney

beniamin robi za parasolkę

byłyśmy w browarze

dzieci na ulicy

Lidka ma napad głodu

czwartek, 28 listopada 2013

28 listopada Filipiny

28 listopada 2013 Filipiny

Wyspa Cebu
Śniadanie kupiłyśmy w pobliskim sklepie. Herbata i asado. Asado to taka biała bułka chyba z mąki ryżowej nadziana mięsem najczęściej wieprzowym z dodatkami. W naszym przypadku dodatków jest bardzo dużo. Dziś planujemy zwiedzić Cebu. Zaczynamy od świątyni taoistycznej. Jest ona położona dość daleko od centrum jedziemy jeepneyem, a potem zasuwamy na piechotę. Świątynia znajduje się w dzielnicy Beverly Hills. Rzeczywiście domy tu są zdecydowanie bogatsze. Gdy wchodzimy do świątyni po schodach natykamy się na ekshibicjonistę, a właściwie to Lidka wypatrzyła go jak się czai na nas. Gdy wróciłyśmy do strażników by im o tym powiedzieć facet uciekł. Lidka twierdziła, że facet od jakiegoś czasu już szedł za nami. Świątynia taoistyczna jest bardzo ładnie wykończona właściwie to typowa świątynia jakich wiele w Chinach. Gdy wracamy z powrotem Lidka rozpoznaje w robotniku ogrodowym faceta, który szedł za nami. On też się za nami nerwowo ogląda. Bierzemy jeepneja i jedziemy do starej części miasta. Coraz bardziej podoba się nam jazda jeepneyami. Zaczynamy od katedry. Częściowo jest nieczynna, bowiem ostatnie trzęsienie ziemi, które miało miejsce 15 października również spowodowało zniszczenia na Cebu. Największe zniszczenia jednak nastąpiły w najstarszym kościele filipińskim kościele Dzieciątka Jezus. Znajduje się w nim cudowna figurka Jezusa, którą Magellan ofiarował księżniczce filipińskiej. Obecnie jest wystawiona w gablocie przed kościołem. Do gabloty ciągnie się długa kolejka wiernych. Kościół jest niestety niedostępny ze względu na zniszczenia. Obok kościoła znajduje się krzyż Magellana, który w 1521 r podarował Lapu Lapu wodzowi filipińskiemu wprowadzając chrześcijaństwo na Filipinach. Rotunda w której znajduje się krzyż jest również uszkodzona, ale można do niej wejść. Widać prowizoryczne zabezpieczenia i wzmocnienia. Nad morzem przy porcie znajduje się XVII wieczny fort świętego Piotra. Jest to budowla w kształcie trójkąta z trzema wieżami bardzo grubymi murami na których znajdują się liczne armaty. Tu również widać ślady po trzęsieniu ziemi. Odwiedzamy muzeum diecezjalne znajdujące się w bardzo starym budynku. Znajduje się tam samochód i szaty liturgiczne Jana Pawła II z czasów jego pielgrzymki na Filipiny. Wędrujemy po ulicach Cebu szukając domu o nazwie Casa Corordo. Filipińczycy pytani o drogę wskazują odmienne kierunki. Po drodze natykamy się na pomnik dziedzictwa. Trochę nas dziwi ten pomnik, bo pokazuje przede wszystkim przypływających na statku Europejczyków. W końcu znajdujemy stary dom casa Cororo. Znajduje się w nim muzeum. Bardzo ładnie urządzony dom o potężnej powierzchni. Mamy jeszcze chwilę do zmierzchu więc postanawiamy pojechać do nowoczesnej dzielnicy powstałej wokół fontanny Osmenia. Gdy docieramy tam zaczyna padać gorący deszcz. Pozostaje nam tylko centrum handlowe. Taksówką wracamy do hotelu. Jesteśmy bardzo zmęczone, szczególnie pogoda dała nam się we znaki. Rano było koszmarnie gorąco, potem zrobiło się bardzo wilgotno, tak że pot po nas ściekał, a na dodatek wszędzie obecny smród spalin i koszmarny hałas wykończył nas.




taoistyczna świątynia
ills to brzmi dumnie
wzmocnienia w pomieszczeniu z krzyżem Magellana
uszkodzona bazylika Dzieciątka

na terenie świątyni taoistycznej
cudowna figurka Dzieciątka
Krzyż Magellana
na terenie fortu - uszkodzenia po trzęsieniu
w Casa Gorordo
dach na świątyni taoistycznej
slumsy w Cebu
tak wygląda asado
widok na świątynię
jedna z trzech wież fortu
wejście do fortu
samochód Jana Pawła II w czasie pielgrzymki
jeepneye są nieprawdopodobnie kolorowe
rybak w świątyni taoistycznej
katedra

środa, 27 listopada 2013

27 listopada 2013 r. Filipiny

27 listopada 2013 r. Filipiny 
Cebu
Śniadanie to kawałek bułki z serem jak almette. Dzieło Lidzi oczywiście śniadanie a nie ser. Jedziemy na plaże alona. Łapiemy jeepneja i jedziemy przez godzinę skulone w kucki. Lidka wciśnięta pomiędzy dwóch filipińczyków ja na stołeczku po środku. Ścisk gorąco ale przynajmniej tanio i swojsko. Po godzinie ledwo wytaczamy się z samochodu. Droga na plaże 250 metrów usiana sklepikami z pamiątkami, a to ogromna pokusa dla Lidzi. Ona jak sroka wszystko musi obejrzeć. Teraz szuka ręcznika z napisem Bohol. Ciągle przypominam o nadwadze w walizce. Mamy jeszcze jeden lot liniami Cebu i walizka nie może ważyć więcej niż 20 kilo. Poprzednio Lidka 2 razy przepakowywała walizkę. Plaża długa biała woda ciepła i czysta. Mnóstwo małych rybek ucieka spod nóg gdy wejdzie się do wody. Słońce praży niemiłosiernie. Uwielbiam chodzić brzegiem morza. Tu warunki są idealne mięciutki piaseczek można iść bez końca. Opalamy się leniuchujemy. Droga powrotna to powtórka z rozrywki. Jada w upale w tłoku. Mamy tylko lepsze miejsca. Ja trzymam na kolanach dodatkowo małe dziecko. Jest bardzo grzeczne. Dojeżdżamy do pensjonatu. Wyczekowujemy się, a pani w recepcji oświadcza nam, że zawiozą nas  gratisowo do portu. Idziemy w związku z tym na ciacho i kawę. Wczoraj gdy spacerowałyśmy wieczorem po mieście trafiłyśmy na fajną cukiernię.Lidka zobaczyła wspaniałe ciastka i postanowiła, że dziś spróbujemy ich. Kawa była smaczna ciastko czerwone a moje liliowe. Moje to przysmak tutejszy nazywa się uwe. Lidki to czerwony biszkopt. Dojeżdżamy do portu; Leje jak z cebra. Na ziemię spada gorący deszcz. Kupujemy bilety robimy odprawę oddajemy walizki i znowu niespodzianka. Każą nam zapłacić dodatkowo 360 peso.za bagaż. Oczywiście wykłócamy się i cena spada do 100 peso tak jak to była w tamtą stronę. Filipińczyk jak nie skłamie albo nie oszuka to nie żyje. Przejazd statkiem dwie godziny i jesteśmy na Cebu. Tu znowu przeprawa z taksówkarzem . Oczywiście jazda bez taksometru, ale my żądamy włączenia. Żądał 200 Peso na taksometrze wyszło 70. Zatrzymujemy się w starej części Cebu. Pensjonat bardzo skromny ale czysty no i cena około 20 dolarów za noc. Głodne ruszamy na obiad. Znalazłam knajpkę w przewodniku. Jeepneyem jedziemy pod wskazany adres. A tu się okazuje że to nowa dzielnica biznesowo handlowa. Inny świat. Restauracja fajna , ceny wygórowane ryba smaczna ale za tą cenę nie powala. Chodzimy po centrum handlowym Przypomina nasze Blu City. Jest nieprawdopodobny hałas, i tłok. Mimo że jest już po 20 mnóstwo ludzi. Na dworze gorąco jak w piekarniku. Jeepneyem wracamy do hotelu. Oczywiście nie wiemy gdzie wysiąść. Ale jak zwykle koniec języka za przewodnika. Po 22 docieramy do pokoju. Teraz walka z klimatyzatorem Wyje wściekle ale bez tego nie da się żyć. Lidka ma inne zdanie. W pokoju jest tak gorąco, że pot spływa strumieniami. Okna nie da się otworzyć. Trzeba będzie wytrzymać w tym huku przez cała noc

nasze kolorowe ciastka
droga powrotna nie była lepsza
 ślady po trzęsieniu ziemi w naszym hotelu
sprzedawca pereł
nasz statek
przed wypłynięciem grała orkiestra
ogromny kompleks handlowy


Lidka w imadle
wnętrze jeepneya
śnieżnobiała plaża
reklama bounty?
plaża marzenie




wtorek, 26 listopada 2013

Filipiny 26 listopada 2013 r.

Filipiny 26 listopada 2013r.
Bohol
Wczesnym rankiem jemy śniadanie -okropne. W dalszym jesteśmy niezadowolone z pokoju. W nocy dodatkowo w wannie były karaluchy. Rano pytamy  kelnerkę o obłożenie hotelu. Zgodnie z naszymi przewidywaniami pustki, a nam w przymusowej sytuacji wciśnięto drogi brudny pokój. Postanawiamy to zmienić. Podejmujemy decyzje o zmianie hotelu. Decydujemy się tez na wynajęcie samochodu z kierowcą by zwiedzić wyspę. Dzwonimy do kierowcy. który nas przywiózł wczoraj do hotelu. Negocjujemy cenę 1800 peso. Najpierw jedziemy do sanktuarium wyraków. Po drodze mijamy zawalone domy skutek niedawnego trzęsienia ziemi. Dojeżdżamy do kościoła, którego dach i przednia ściana uległy zawaleniu. Dojeżdżamy do wyraków. To są najmniejsze ssaki. Ważą około 20 gramów i mają tylko 20 centymetrów długości. Ale za to oczy maja jak filiżanki. Jesteśmy zachwycone mamy ochotę je pogłaskać, niestety nie można. Wyraki mieszkają tylko na Filipinach i na Borneo. W sanktuarium zajmują się badaniem i rozmnażaniem tych naczelnych.
Z sanktuarium wyraków jedziemy dziewiczym lasem . Drzewa ogromne, przepiękna droga. Zatrzymujemy się by robić zdjęcia. Nie bardzo wiemy dlaczego kierowca zatrzymuje się na zakręcie , no ale zdjęcia robimy. Jedziemy na czekoladowe wzgórza. Jest to ponad 1200 pagórków pochodzenia koralowego bardzo foremnych pokrytych roślinnością. W porze suchej stają się brunatne przypominając kolor czekoladowy. Oglądamy z góry czekoladowe wzgórza. Nie możemy jednak dotrzeć do najciekawszego miejsca widokowego, bowiem dojazd został zniszczony przez trzęsienie ziemi. Teraz  trwa jego odbudowa. Wzgórza bardzo się nam podobają. Wyglądają jak usypane przez dziecko wielkoluda kupki. Jedziemy nad rzekę Lobok. Tu czeka na nas łódź, która popłyniemy. Na lodzi czeka na nas wspaniały lunch. Rzucamy się na jedzenie, którego jest pod dostatkiem i jest pyszne. Same filipińskie i dalekowschodnie przysmaki. Zupa desery. Opychamy się niesamowicie. W scenerii przepięknego wybrzeża lunch smakuje podwójnie. Rzeka i widoki wspaniałe. Soczysta zieleń roślin i zielona woda wokół. Widok niesamowity. Do tego na pokładzie na gitarze grajek Kolejny John Lenon tym razem w filipińskim wydaniu. Wycieczka statkiem trwa ponad godzinę, dla nas to za krótko. Wracamy do naszego samochodu i jedziemy do najstarszego kościoła na wyspie. Niestety jego też nie oszczędziło trzęsienie ziemi. Jest właściwie zrujnowany. Szkoda. Wracamy do Tagbilaran. Szukamy z kierowca innego hotelu. Trafiamy do pensjonatu Tawers. Bardzo czysty miły pensjonacik. Zostajemy. Idziemy do portu by kupić bilety na prom na jutro. Niestety nie ma przedsprzedaży. Zaglądamy do miejscowych sklepów. Kupujemy miejscowe przysmaki – ciastka uwe mają kolor jagodowy. Są smaczne. Wieczorem stały rytuał rozliczenia wydatków, herbatka i blog. Podsumowując naszą wycieczkę przede wszystkim największe wrażenie zrobiły na nas szkody spowodowane trzęsieniem ziemi które miało miejsce w październiku. Trzy kościoły zostały praktycznie  zniszczone, mnóstwo zniszczonych dróg i mostów. Widać jak szybko usuwają szkody, ale  nie da się odbudować szybko kościołów które wybudowano przed wiekami. Oczywiście wyraki, czekoladowe wzgórza i rzeka Loboc  pozostaną w naszej pamięci


dziewiczy las


fragmenty zniswzczonego kościoła

zniszczony kościół

zniszczenia wewnątrz kościoła

zniszcony murowany dom

spotkanie Magellana z przywódcą plemiennym

nie będę się na was patrzył

pod liściem jestem bezpieczny

i tylko te oczy

ale jestem ciekawski


nie będę podnosił głowy i już

spać mi się chce

nasz pierwszy kopczyk

widok na czekoladowe wzgórza

jak kopce

tu wzgórza żółkną

z powodu koloru mają nazwę czekoladowe

przy czekoladowym wzgórzu

rzeka nas zachwyciła

malownicza rzeka

i mały wodospad


rzeka Loboc

widok zniszczonych potężnych budowli

ta konstrukcja ledwo się trzyma

zniszcony przez trzęsienie ziemi najstarszy kościół

czekoladowe wzgórza

dzieci tańczyły tańce wysp Visayas

jeszcze raz czekoladowe wzgórza

z dziećmi zaczął tańczyć dziadek

widać że taniec to przyjemność