poniedziałek, 15 listopada 2010

15 listopada 2010 Laos

15 listopada 2010 r.  Laos
 Luang Prabang
Samolot do Bangkoku a potem wielka niewiadoma czy i na kiedy znajdziemy samolot do Laosu. Właściwie to może do Laosu może do Kambodży Może do Luang Prabang może do Wientian może do Phnom Penh może do Siem Rap. Fajnie jest mieć takie problemy. W Bangkoku znów wiza i miejsce w paszporcie zmarnowane i niespodzianka za dwie godziny jest samolot do Luang Prabang czyli miasteczka w Laosie tam gdzie planowałam rozpocząć podróż po Laosie.. A więc jest cudnie.  Wadą jest cena biletu znacznie odbiegająca od tego co w przewodnikach. Jazda innym środkiem lokomocji raczej wykluczona.
Już o 15.30 widzę napis Witamy w Laosie. Szybko na lotnisku wiza, hotel transport  i zakwaterowanie. Od razu miłe zaskoczenie. Jest niewiarygodnie czysto. Po Myanmarze to szok. Po raz pierwszy w życiu na lotnisku nie było naganiaczy taksówkowych tylko transport lotniskowy. Laotańczycy są bardzo powściągliwi w okazywaniu uczuć. Hotelik w starym po francuskim domu sterylny. W Laosie nie chodzi się po domu w butach tylko zdejmuje  je przed wejściem.. Miasteczko jak malowane. jest wpisane na listę UNESCO. Pełno tu małych jednopiętrowych domków z podcieniami., w których znajduje się mnóstwo knajpek biur podroży, i sklepików. A wszędzie czyściutko. No i jest pieczywo w postaci bułeczek.
Pijemy na początek słynne piwo laotańskie Lao. Jest podobno najlepsze w tym regionie. Mnie bardzo smakuje. Wieczorny targ oczywiście punkt do zaliczenia. Snujemy się wśród setek straganów i robimy to co misie lubią najbardziej czyli targujemy si.e. Szkoda że walizki już dawno przekroczyły dozwolona wagę i ciągle musimy je przepakowywać na lotniskach. Wieczorem kolacyjka  na tarasie restauracyjnym jest ciepło smacznie i cudownie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz