sobota, 27 listopada 2010

27 listopada 2010 r. Wietnam


27 listopada 2010 Wietnam
Hanoi

Zgodnie z planem docieramy do Hanoi. Tu jest dużo chłodniej niż w Ho Chi Minh. Nie ma słońca jest pochmurno. Nawet dopinam nogawki do spodni. W hotelu załatwiamy wycieczkę do  zatoki Ha-Long i w góry do plemion. Jutro rano wypływamy do zatoki wracamy w  poniedziałek i od razu jedziemy w góry. Powrót w czwartek o 5.00. Zwiedzamy stare Hanoi. To gmatwanina starych rzemieślniczych uliczek. Na chodnikach pełno straganów i ulicznych knajpek. Są one bardzo specyficzne. Goście siedzą na niziutkich stołeczkach i jedzą przy niziutkich stolikach. Wybieramy się  do restauracji Cha Ca na podobno pyszną rybę reklamowaną we wszystkich przewodnikach. Wygląd restauracji raczej zniechęca, ale cóż tłum ludzi. Zamawiamy rybę, zresztą tu tylko jest to jedno danie. Przynoszą nam kuchenkę gazową, patelnię z upieczoną rybą, miskę kopru, miskę z jakimś żółtawym płynem,  papryczkę chili i garść orzechów ziemnych oraz natkę pietruszki. No i makaron ryżowy. Wszystko to powoli dodaje się do ryby. Jako sztućce tylko pałeczki. Ale ja już nauczyłam się jeść pałeczkami w  Myanmarze, bo tam były kłopoty z widelcami. Ryba jest pyszna, ale cena jak na warunki bardzo wygórowana.. Tłum tubylców klientów raczej nie wskazuje na to że, dla nich też stosowana jest ta sama cena.za dwie porcje z piwem prawie   50 dolarów. To raczej cena  miesięcznego życia dla Wietnamczyka a nie jeden obiad. Wczoraj w super restauracji zapłaciliśmy niższy rachunek, ale ta ryba była wspaniała i nie ma co żałować kasy. Drugi raz się nie powtórzy. Idziemy nad jezioro, które jest w samym centrum starego miasta. Na wyspie znajduje się Pagoda w której postawiono posąg żółwia. Żółw jest bardzo symbolicznym zwierzęciem dla Hanoi, bowiem według legendy dał królowi Wietnamskiemu miecz, by przegonił Chińczyków. Jak król się uporał z tym zadaniem żółw odebrał mu miecz. Świątynia jest stara, ale w bardzo dobrym stanie. W Wietnamie w świątyniach nie ma tylu posągów Buddy co w innych krajach. Tu świątynie stawia się znamienitym zasłużonym. Do świątyni idzie się przez  czerwony mostek, bardzo malowniczy. Potem wędrujemy po starych uliczkach Hanoi odwiedzając ulice związane z jednym rzemiosłem np. kamieniarze wykonujący nagrobki, stolarze. Jest też uliczka duchów. Tu można kupić wszystko z papieru  przedmioty codziennego użytku, banknoty. Są one kupowane dla zmarłych i palone. Na tej uliczce  sprzedawane są ozdoby choinkowe, choinki i wszystko co związane ze świętami Bożego Narodzenia. Teraz sobie uświadamiam, że święta za pasem.  Wieczorem idziemy na słynną zupę Bun. Restauracja Bun Bo Nam Bo .Jest to rosół wołowy z ogromną ilością ziół i makaronu. Nie bardzo jestem zachwycona smakiem, za dużo dla mnie ziół, ale o gustach i smakach się nie dyskutuje. Potem jeszcze lalkowy teatr na wodzie. Jest to specjalność Hanoi datująca się od XI w. Bardzo miły przerywnik w zwiedzaniu miasta. Został nam targ nocny. Ale albo już mi się znudziło kupowanie- co jest raczej mało prawdopodobne-, albo rzeczywiście nocny market jest słaby. Wracamy do hotelu. W hotelu jest Internet, mało tego komputer w każdym pokoju. Postaram się wkleić trochę zdjęć na poprzednie posty.

słynny czerwony mostek


brama do pagody

pozostałości  architektury francuskiej
podobno najlepsze Bo  w Wietnamie

ulica producentów nagrobków

kawiarenka uliczna


Żółw ze świątyni na wodzie






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz