26 listopada 2012 r. Reunion
 |
| właścicielka pensjonatu |
Wczesnym rankiem zjadamy pyszne śniadanko i zachwycamy się pięknem farmy na której spałyśmy. Po prostu tonie w kwiatach. Ruszamy jednak szybko na wulkan. Droga kręta jak ślimak do tego cały czas pod górę. Stromizny ogromne. Trudno jest wjechać na drugim biegu. Cały czas dzielnie pniemy się , od czasu do czasu zatrzymując się przy platformach widokowych by podziwiać przepiękne widoki. Najpierw zatrzymujemy się w Nez Boeuf. Widok na wąwóz rzeki Remparts. Z tego miejsca rzeka wygląda jak nitka.Potem przystanek przy kraterze Commersona. Ten krater to ogromna dziura w ziemi głębokości 120 m i szerokości 200 m Nie widać dna. Potem widok na ogromne pole magmowe. Przez które biegnie tylko jedna droga, ktora wygląda jak nitka. Daje to obraz wielkości pola magmowego. Zjeżdżamy na pole magmowe by znowu zacząć pięc się w górę.Dojeżdżamy do punku zwanego Bellecomte. Stąd ruszamy ambitnie na najdłuższą trasę trasę na wulkan Piton de la Fournaise. Droga wydaje się nam ciągle pod górkę. Po drodze podziwamy piękne widoki, niespotykaną roslinność. Trasa w jedną stronę zajmuje nam 2 goziny. Niestety nie możemy oglądać koldery w całej okazałości bo co chwila nadchodzą chmury. Ale i tak mamy trochę szczęscia bo co chwila przedziera się słońce i wiatr rozgania mgłę. Wracmy z powrotem. Wydawało się nam że będzie łatwiej, a tu znowu pod górkę. Lidka doszła do wniosku że idziemy po koronce raz w górę raz w dół. Mnie wydaje się że tylko w górę. Powrotna trasa zajmuje nam tyle samo czasu. Wypijamy gorącą czekoladę w przy parkingowym barku i ruszamy w drogę powrotną. Zaczyna padać deszcz, wokół jest duże zamglenie. Gdy wjeżdżamy w góry gdzie kręte drogi to norma pojawia się tak gęsta mgła że miałam wrażenie że samochód stoi przed białą ścianą,Nie widać było nawet pobocza. Jechałyśmy a raczej posuwałyśmy się z prędkością żółwia. Do przejechania było około 40 kilometrów . Miejscami mgła rzedła, a potem pojawiała się znowu.Szczęśliwie dotarłyśmy do Bourg- Murat. To jeszcze nie koniec naszej górskiej wycieczki, ale przynajmniej droga jest szersza.Przez następną godzinę jedziemy trasą krajową by odbić do Saint Rose. Chciałyśmy skrócić drogę. Może ona i krótsza, ale tak wąska, że w wielu miejscach przejazd tylko dla jednego pojazdu. Ale jest już ładna pogoda. Mijamy ukwiecone wioseczki. Reuniończycy to naprawdę wielbiciele kwiatów. Docieramy do miejscowości Pitom Saint Rose. Znajduje się tu kościół ktory cudem ocalał w czasie wybuchu wulkanu. Magma ktora rozlewała się wokół i niszczyła wszystko zatrzymała się na ścianach kościoła nie niszcząc go. Do dziś zastygła lawa leży wokół kościoła, wzbudzając zainteresowanie i podziw zwiedzających. Wracamy do Saint Denis.Postanawiamy znaleźć inny hotel. Po drodze straszne korki. Szukanie hotelu w Saint Denis bez mapy to jak szukanie igły w stogu siana. Decydujemy się na powrót do poprzedniego hotelu. Trudność polega na tym że nie wiemy jak do niego trafić . Jest ciemno nie mamy mapy a w Saint Denis drogi są jednokierunkowe. Po wielkich trudach znajdujemy hotel . Teraz szybko wyrzucamy bagaże i gnamy na lotnisko by oddać samochód. Tankujemy się na stacji i pytamy o drogę na lotnisko. Tak nam tłumaczą, że nic nie rozumiemy. Jesteśmy już bardzo zmęczone, a czasu na oddanie samochodu mało. W końcu same jakoś sobie dajemy radę. Wyjeżdżamy na autostradę, ale znowu zaskoczenie przeoczyłyśmy zjazd na lotnisko. Znowu jedziemy do przodu. Nagle ktoś za mną trąbi.Okazuje się że jadę bez świateł. A tak się zastanawiałam co tak tu ciemno. Wreszcie docieramy do lotniska . Jest za pięć ósma. Wypożyczalnia czynna do ósmej. Na lotnisko jest bramka wjazdowa, ale my nie pamiętamy kodu. Zostawiam samochód przed jedną z bram i idę na piechotę do wypożyczalni. Tu pracownica daje mi kod, ale jednocześnie uświadamia, że stoję pod złą bramką. Musze się wycofać pod prąd. Trudno przecież jestem blondynka.Jadę więc pod prąd a tu na mnie trąbią. Okazuje się ze znów nie włączyłam świateł. Nie dość że pod prąd to jeszcze3 bez świateł. Podwójna blondynka. Wreszcie znajdujemy bramkę, kod, oddajemy samochód i teraz trzeba wrócić do miasta. A tu niespodzianka. Nie ma żadnej komunikacji miejskiej. O tej porze jest około 21 tylko taksówki – 20 euro za przejazd . Dogadujemy się z jakąś kobietą że pojedziemy wspólnie dzieląc koszty.Ale mamy problem kierowca nie chce się zgodzić. W końcu jakoś zabieramy się we trzy. Wysiadamy razem z tą kobietą i dalszą drogę przemierzamy na piechotę. Jesteśmy bardzo głodne, bo nie miałyśmy czasu jeść.Wszystkie sklepy pozamykane.Głodne idziemy spać
 |
| Pensjonat jest w stylu kreolskim |
 |
Wulkan i zastygła lawa
|
 |
| tutaj też jest czerwona ziemia |
 |
| widok na kalderę wulkanu |
 |
żyzna powulkaniczne ziemia sprzyja
roślinności |
 |
| krater Commerson |
 |
| pionowe ściany krateru |
 |
| Po drodze miałyśmy fantastuczne widoki |
 |
| roślinnośc rosnąca na twardej lawie |
 |
| widok na pole lawowe |
 |
| jedziemy przez plaine des sables |
 |
| widok na dloinę lawową |
 |
| droga kręta i górzysta ale widoki piękne |
 |
na takich skałach rosną tylko
wyjątkowe rośliny |
 |
| miejscowy wróbelek |
 |
| niektóre rosliny nawet ładnie kwitną |
 |
| Piton de la Fournese i Formica leo |
 |
| zastygła lawa |
 |
| droga po terenach lawowych |
 |
| roślinnośc jest specyficzna |
 |
tam dzie jest świeża lawa nie rośnie nic
 |
| jakieś dziwne miotełki |
|
 |
| boki wulkanu i fragment wnętrza |
 |
żyzna gleba sprzyja szybkiemu
rozwojowi roślinności
 |
widok na drogę biegnąca przez
Plaines des Sables |
|
 |
urocza ropuszka
|
 |
stary most nad rivier d'Est
 |
| lawa doszła do samego kościoła |
|
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz