7 listopada 2012 r. Madagaskar
PN Perinet - Antsirabe
Dzisiaj z samego rana ruszamy do
Parku Narodowego Perinet. Prowadzi nas przewodniczka Weronika. Najpierw
pokazuje nam lemury bambusowe .Bardzo rzadki
gatunek lemurów które żywią się
wyłącznie bambusem i są odporne na zawarty w nim cyjanek. Mogą zjeść 20 razy więcej cyjanku niż śmiertelna
dawka człowieka. Inna ich nazwa to „maki” Zwierzątka są śliczne mają ogromne oczy
i są bardzo ciekawskie. Sprytnie przeskakują z gałęzi na gałąź ale też schodzą
na ziemię. Mają śmieszne okrągłe pyszczki Gdy czują zagrożenie salwują się
ucieczką. Potem spotykamy diademed sifaka największy z sifaków. Po drodze przewodniczka
pokazuje nam zielono ubarwionego gekona z różową plamką na boku. My oczywiście
nic byśmy nie zauważyły. Tak samo
minęłybyśmy węża boa, ale dzięki
czujnemu oku Weroniki zostałyśmy
ostrzeżone .Następnie pora na rzadko spotykane
nonactive lemur.
One tylko śpią i nie schodzą z
drzew. Podobno trzeba mieć dużo szczęścia by je zobaczyć. Jeszcze po drodze
spotykamy collarred brown lemur. Jedne z
bardziej popularnych w tym parku. Na koniec niespodzianka. Na drzewach siedzą
lemury indri indri. Są to śliczne zwierzątka czarno białe jak misie maskotki.
Są to największe lemury. Strasznie się wydzierają . To ich sposób
porozumiewania się. Perinet to jedyne miejsce na świecie gdzie można zobaczyć
indri indri. Zwierzęta te nie żyją w niewoli. W drodze powrotnej Weronika pokazuje nam gekona zupełnie przypominającego suchy liść lub korę drzewa. Jest tak zlany z
podłożem że nie możemy go początkowo zidentyfikować.
Po zwiedzaniu ruszamy w stronę
Andsirabe. Mijamy zielone pola ryżowe, poprzeplatane czerwoną ziemią
przygotowaną do nowych upraw. Po drodze kupujemy banany i ananasy. Teraz jest
tutaj sezon na mango i ananasy.
Na obiad zajeżdżamy do super restauracji w stylu
francuskim gdzie są serwowane pasztety z gęsich wątróbek i kaczka. Jedzenie
pyszne czujemy się jak we Francji a nie na Madagaskarze.
Gdy ruszamy spod restauracji i wjeżdżamy na szosę
otwierają się tylne drzwi w naszym busie i wypada moja walizka. Mimo że jest
już leciwa upadek jej nie zaszkodził. Całe szczęście że nic nie jechało z naprzeciwka.
Gilbert proponuje nam wizytę w
wytwórni garnków aluminiowych. Każdy garnek jest wyrabiany ręcznie a właściwie odlewany do form. Praca w kurzu –
forma przygotowywana jest z ubitego czarnego pyłu, a potem w puste miejsce
wlewane jest rozpuszczone aluminium. Żadnych warunków bhp, brud, gorąco, wrzące
aluminium a na podwórku cała chmara dzieci.
Przed wieczorem dojeżdżamy do
hotelu. Hotelik Trianon wygląda jak kolonialna willa. Bardzo nam się podoba.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz