6 listopada 2026 r.
Wstajemy wcześnie nie wiadomo po co. Kawa na balkonie i potem
pakowanie. Na lotnisku okazuje się, że Zbyszek ma bilety w klasie biznes a ja w
ekonomii. Teraz jest jasne dlaczego była duża różnica w cenie biletu.
Decydujemy, że lecimy w ekonomicznej. Samolot malutki. Zimno w nim, a ja mam
tylko krótkie spodnie i bluzkę z krótkim
rękawem. Widzę ze pasażerowie przede mną
założyli nawet kaptury i chusty na głowę. Interweniuje u stewardessy.
Ona tylko zakręca nade mną nawiew. Ale wieje spod listew. Zasłaniam nogi stolikiem, okrywam nakładkę na zagłówek i instrukcją obsługi a szczelinę
w suficie uszczelniam chusteczką do
nosa. Jest trochę lepiej, ale czuję że już mnie zaczynają boleć uszy. Po dwóch
godzinach lądujemy na lotnisku Funafuti wyspy należącej do Tuvalu. Kocham takie małe lotniska rzucone gdzieś daleko od cywilizacji. Gdy
wysiadamy z samolotu na płycie lotniska podchodzi do nas młody mężczyzna
ze słowami Pozdrawiam Rodaków. Okazuje się że też przyleciał z nami
samolotem. Roimy sobie wspólną fotkę. Na lotnisku miała na nas czekać
osoba z hotelu. Niestety nie ma. Hotel jest 50 metrów od lotniska. Najpierw nie
mogą znaleźć rezerwacji a potem okazuje się że pokój jest z jednym łóżkiem. Za
dostawienie drugiego musimy zapłacić. Nie chce mi się kłócić z tymi kobietami i
dopłacam. Muszę przyznać że cena hotelu na Tuvalu to jedna z najwyższych jakie
w życiu zapłaciłam. Standard raczej niski. W pierwszym pokoju
nie działa klimatyzacja. Zapomniałam napisać, że jest piekielnie
gorąco i wilgotno. Po minucie siedzenia w takim pokoju pot mi spływa z nosa.
Dostajemy drugi pokój jest ok. Idziemy zwiedzać miasto Vaiaku. A właściwie to
zrealizować plany. Dziś jest piątek więc w sobotę i niedzielę nic nie
załatwimy. Chcemy kupić znaczki na poczcie, iść do księgarni i do straży
pożarnej. Każda z tych wizyt ma swój cel. Znaczki z Tuvalu są znane w całym
świecie filatelistów. Chcemy je zobaczyć i kupić na kartki do Polski,
które kupiliśmy na Fidżi. Niestety poczta zamknięta. Przerw obiadowa. Idziemy
do biblioteki, bo oka nie ma. Też zamknięta. Szukamy straży pożarnej ale nie
możemy znaleźć. Jest potwornie gorąco. Po drodze słyszymy śpiewy. Zaglądamy pod
wiatę, a tam grupa ludzi gra i śpiewa. Grają na metalowej misce
waląc w nią kijem i na drewnianym pudle waląc w nie rękoma. Wszyscy śpiewają.
Wracamy do hotelu. Chwila odpoczynku i po 1 znowu robimy obchód .
Poczta otwarta . Kupujemy znaczki i ustalamy gdzie możemy wysłać jutro kartki.
Potem biblioteka się. Okazuje się że księgarni tu nie ma. Chcę zdobyć dla Alka
książkę w języku tuvaluańsku, ale o tym języku. Niestety w całej bibliotece nie
ma ani jednej książki napisanej w tym języku. Kobieta tłumaczy, że oni
rozmawiają w domu po tuvaluańsku, ale piszą po angielsku. Dzieci w szkole też
uczą się tuvaluańskeigo, ale nie mają książek w tym języku. Dała mi adres
mailowy , żebym do niej napisała, o postara się zdobyć taką książkę i przesłać.
Dobre i to. Prosi bym się wpisała do książki. I tu kolejne zaskoczenie. Ostatni
wpisani to para Polaków. Gdy wracamy w dalszym ciągu gra zespół który
widzieliśmy wcześniej, Teraz poszerzył się o 3 kobiety ubrane w spódnice z
liści palmowych, Śpiewają z wielkim zaangażowaniem. Teraz szukamy straży
pożarnej. Okazuje się że jest przy naszym hotelu w budynku policji. Miły
policjant zaprowadza nas do strażaka, ale najpierw zapytał czy chcemy zgłosić
jakiś pożar. Strażakowi Zbyszek wytłumaczył, że kolekcjonuje naszywki na
mundur z symbolem straży pożarnej. Pan opowiada, że mają takie
przygotowane, ale niestety nie zrobili jeszcze i używają naszywki
policji. Obiecał przynieść jutro do hotelu naszywkę Policji. Teraz
szukamy sklepu. Okazuje się że sklepy są na przedmieściach i prowadzą je
wyłącznie Chińczycy. Kupujemy dwie butelki wody po3,5 dolara australijskiego i
wracamy do hotelu. Jesteśmy strasznie zmęczeni upałem. Ja rzucam się na łóżko i
natychmiast zasypiam. Zbyszek walczy z Internetem budzi mnie na kolację.
Kolacja 2 dolarów australijskich od głowy. Jest spory wybór dań, małże
ogromne krewetki jagnięcina, kurczak. Można się najeść. Potem jeszcze
spacer nad morze. Zrobiło się chłodniej. Jest już całkiem ciemno.
Siedzimy na łódkach przy plaży i wsłuchujemy się w szum fal. Zespół który
wcześniej widzieliśmy gra i śpiewa jak na Tytanicu. Gdy wracamy do hotelu
okazuje się ze w naszym hotelu odbywa się wesele, Zaglądamy jak to u nich
wygląda. zapraszają nas na poczęstunek. My dziękujemy. Wracamy do pokoju.
Dość już atrakcji na dzisiaj.

wesele 
nasza kolacja 
w bibliotece wpisuję się do książki gości 
plaża i przystań 
budynek poczty 
ilioteka 
ulica w Vaiaku 
rodak spotkany na Tuvalu 
terminal na Tuvalu 
wyspa widziana z samolotu 
moje prace uszczelniające 
opatulone nogi 

poranna kawa na balkonie 
na weselu 
na weselu 
nasz ośrodek 
nasz ośrodek 
przed starżą pożarną 
grający zespół 
babcie prowadzą pannę młodą przed ołtarz 
panna młoda 
zatoka i plaża 
rybacy przy łodziach 
nasz samolot na Tuvalu 

samochód policji 
sklep 
ixora 
dzieci chciały zdjęcie 
instrument zespołu 
tancerki i śpiewaczki 
świadkowie n ślubie 
pan młody
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz