piątek, 4 stycznia 2013

4 listopada 2012 r. Mauritius

Mauritius

4 listopada 2012 r

Rano pogoda marzenie, słońce, widok na ocean i przyjemna bryza. Wyspane po podróży prawie szczęśliwe.
Spokój mąci rodzina mrówek które trasę wyznaczyły sobie przez łóżko Lidki. Pocieszam ją że do wieczora skończą przemarsz wojsk.
Dziś w planie wycieczka po południowej i zachodniej części wyspy.Wynajętym samochodem z kierowcą ruszamy najpierw na wulkan Truo aux Cerf Leży on koło miejscowości Curepipe. Krater  ma około 300 metrów średnicy i 100 metrów głębokości. Wnętrze kaldery porośnięte jest bujną roślinnością,. Z krawędzi wulkanu roztacza się piękna panorama.
Następnie jedziemy do Grand Basin . Jest to jezioro powstałe w kalderze wulkanu. Uważane jest za święte przez wyznawców hinduizmu. Wierzą oni że jezioro połączone jest z Gangesem. Oprócz  mnóstwa świątyń hinduskich wokół brzegu jeziora postawiony jest 32 metrowy posąg Śri Mangali Mahadewy patrona tego miejsca.
Niestety pogoda zmienia się i mamy mżawkę i spadek temperatury. Lidka zaczyna marznąć. Zakładamy kurtki. Kto by się spodziewał że na Mauritiusie będziemy marznąć
Ruszamy dalej nad Black River, Oglądamy wodospad Aleksander, ale niestety przełomy rzeki Czarnej.  przesłoniła mgła.
Po drodze wstępujemy na lunch. Lidka wybiera sałatkę z serca palmy czyli palmitos. Kiedyś był to  to przysmak tylko dla wybrańców bo gdy się wytnie  serce palmy ona umiera.
Jedziemy do Chamarel  Najpierw wodospad najwyższy na Mauritiusie 83 metry. Widok jest imponujący.
Następnie ruszamy do cudu przyrody - kolorowej ziemi. Jest to takie miejsce gdzie na niewielkiej powierzchni ziemia przybiera kolory czarny, różowy, czerwony antracyt,żółty.Jest to wielka zagadka dla geologów. Nie potrafią wytłumaczyć jaka jest przyczyna takiego różnorodnego ubarwienia ziemi. Na dodatek różne kolory ziemi wymieszane ze sobą po krótkim czasie rozdzielają się i układają kolorami.
Tutaj też spotykamy żółwie olbrzymie. Podobno są sprowadzone z Seszeli z atolu Aldabra.
Na koniec wycieczki najładniejsza plaża Mauritiusu o dziwnej nazwie Filc and Flac. Piaszczysta plaża ciągnąca się po horyzont oddzielona od wyspy pasem kazuaryn.Wracamy do hotelu. Postanawiamy jeszcze poplażować na hotelowej plaży. Tu też miękki piasek i ciepła woda. Wieczorem jedziemy na kolację do Port Luiz. Spacerujemy po nowej dzielnicy portowej pełnej kafejek. Liczne występy artystów umilają nam czas. A na kolacje pieczone zebu. Delicja. Mięso tak miękkie że rozpływa się w ustach.Późnym wieczorem już doświadczone za połowę ceny wywoławczej wracamy taksówką do hotelu. Skończył się przemarsz mrówek przez łóżko . mrówki idą ścieżką wokół łóżka Lidki za to na ścianach pełno  małych gekoników , które wprawdzie wyłapują wszystkie owady ale przyprawiają Lidkę o drżenie serca. Dodatkowo wydają dziwne dźwięki.. Wieczór spędzamy na balkonie wsłuchując się w odgłos oceanu.
Wnętrze krateru wulkanu
32 metrowy posąg hinduskiego bóstwa
droga do wodospadu

bujna zieleń a wśród niej rzeczka

80 metrowy wodospad

kwiaty kalatei

żółw podąża za żółwicą wcale nie żółwim krokiem
mauritius jest górzystą wyspą
hindusi w czasie modłów w Grand Basin
widok na świątynie w Grand Basin
plantacja ananasów

pola solne

na plaży Fic and Flac

 kolorowa ziemia Charamel

spacer wcale nie dziką plażą

takie gekony wędrowały po ścianach pokoju

pomnik Bertranda Mahe

wieczór na nabrzeżu

kolacja wyśmienita z dodatkiem wina

żółw ogromny

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz