sobota, 15 listopada 2014

15 listopada 2014 r. salwador

15 listopada 2014 r. Salwador

Mimo że zmęczone po ostatniej nocy wstajemy wyjątkowo wcześnie. Prawdę mówiąc cały czas martwię się jak zaplanować ten dzień. Mam trochę obaw o nasze bezpieczeństwo. Wiele osób mówi, iż jest tu niebezpiecznie nawet w dzień. Schodzimy do recepcji. Mimo informacji na ulotce i w internecie, że personel mówi po angielsku fluently to nikt nic nie rozumie. Rozmowa toczy się przez internet . Ja pisze pytanie po angielsku w komputerze a kobieta włącza słownik hiszpański i też pisze do mnie po hiszpańsku, a komputer to lepiej lub gorzej tłumaczy. Paranoja. Czarę goryczy przelewa śniadanie. Okropieństwo. Kupka zmielonej czarnej fasoli wygląda jak gówno kocie. Do tego jajko usmażone i kupka śmietany. Nie wiadomo do czego ta śmietana do tego niezbyt smaczna. Do picia Lidka dostała herbatę która okazała się rumiankowa a ja wodę kawową, bo trudno było to nazwać kawą. Hotel jak anonsowano w internecie miał kosztować 38 dolarów dwójka. Okazało się, że dwójka to jedno łóżko. Jako że wolimy spać oddzielnie to musiałyśmy dopłacić kolejne 8 dolarów a do tego niespodzianka podatek. I w ten sposób pokój jak więzienie kosztował ponad 50 dolców. Byłyśmy w kropce, Szukanie nowego hotelu to strata pół dnia. Ale tu Lidka wykazała czujność rewolucyjną. Wypatrzyła, że na przeciwko nas jest inny hotel . Zajrzałyśmy do internetu i okazało się, że nawet go oglądałyśmy wczoraj, ale był droższy. Poleciałyśmy ustalić cenę i hurra cena taka sama a hotel o niebo lepszy. Dostajemy ogromny pokój . W pokoju śniadaniowym spotykamy Kanadyjczyków z którymi jechałyśmy wczoraj autobusem. W tym hotelu można zdeponować wszystko w sejfie. Pytamy o możliwość wyjazdu do Suchitoto. Dojazd autobusem to kolejne tarapaty. Uzgadniamy z kierowcą hotelowym, że pojedziemy z nim na wycieczkę. Bardzo miły sympatyczny pan. Po ponad godzinie docieramy do Suchitoto. Jest to małe miasteczko w górach w którym czas się zatrzymał. Przypomina trochę Lanckoronę. Niska zabudowa, wąskie uliczki. Domki kryte dachówką. Jest bardzo gorąco. Zatrzymujemy się w pobliżu posterunku policji i zostawiamy naszego kierowcę. Wędrujemy po miasteczku zaglądając do podwórek. Na rynku znajduje się ogromny kościół Iglesia Santa Lucia. Cały biały z zewnątrz. Wnętrze bardzo zaskakujące. Jest bardzo długi a dodatkowo rząd wspaniałych drewnianych kolumn pogłębia to wrażenie. W kościele odbywa się ceremonia zaślubin dwojga już nie pierwszej młodości osób. Przed kościołem ładny ocieniony placyk, a wokół to co Lidka najbardziej lubi stragany. Odciągam ją od straganów obietnicą, że dalej będzie jeszcze więcej. Chodzimy po wąskich uliczkach , które to pną się do góry to biegną w dół. Idziemy w kierunku jeziora, W pewnym momencie sympatyczny chłopiec zaprasza nas do lokalu, który w nazwie ma Mirador. Widok, który rozpościera się z tarasu zapiera nam dech w piersi. Żadne zdjęcie tego nie odda. Widok na piękne jezioro i strome zbocza wokół niego. Jest po prostu bosko. Siadamy przy stoliku ze szklanym blatem i zamawiamy piwo. Delektujemy się napojem i widokiem. Nie chce się nam ruszać z tego cudnego miejsca. Wracamy do straganów. Tu czas dla Lidki. Ale dla niej każdy czas na grzebanie z  pamiątkach   to za mało. Odnajduje nas kierowca . Ustalamy z nim, że jeszcze dodatkowo pojedziemy do Joya de Ceren. Są to takie środkowoamerykańskie Pompeje. Droga całkiem dobra jak na Amerykę Środkową. Miasto zostało zalane lawą z wulkanu 1400 lat temu .Grubość lawy wynosi 6 metrów. Miasto zostało odkryte w 1976 r. Odkrywka robi niesamowite wrażenie. Wszystko znajduje się w pięknym zadbanym ogrodzie pełnym kwiatów i ptaków. Odkopane budowle znajdują się pod zadaszeniem. Widać jaki ogrom pracy wykonali archeolodzy.  Jedna budowla  jest szczególną. To budynek przeznaczony do oczyszczenia ciała i ducha. Wchodzi się do niego na czworaka. Jesteśmy bardzo zadowolone z tego że tu dotarłyśmy. Wracamy do El Salvador. Po drodze mijamy samochody z jadącymi Mikołajami. Tu przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia w pełni. Wszędzie choinki, kelnerzy w czapkach mikołajowych, iluminacje na ulicach, ozdobione okna. Dziwnie to wygląda w upalne dni. Szukamy jakiejś restauracji. Trafiamy do miejscowego lepszego wydania fast foodu. Nie bardzo mamy wybór, bo nie znamy miasta, a poruszanie się wieczorem nie jest najlepszym pomysłem. Jedzenie okazuje się nie najgorsze. Taksówka wracamy do hotelu.

wulkan San Salwador

murale na ścianach

ściany wyglądają kolorowo

No wreszcie biust  o właściwych rozmiarach

w Salwadorze dużo kolorowej ceramiki


na rynku w Suchitoto

bawimy się świetnie

w restauracji Miramont

śmiesznie wygląda szklany stół

za tym płotem wszędzie leży lawa

piękna zieleń w Joya de Ceren

ogromny kokon os

po oczyszczeniu ducha i ciała wychodzi sie na czworaka

wszędzie wspaniałe kwiaty

na wulkanicznej glebie wszystko rośnie

wnetrze kościoła Swiętej Lucii

misterna krata balkonowa

rynek w Suchitoto

piękne podcienie

przy ciasteczku i kawie

mały Salwadorczyk

uliczki Suchitoto

Państwo Młodzi

uliczki Suchitoto

uliczki Suchitoto

śliczne domki nadają klimat temu miastu

widok na jezioro

przy piwie w Miramont

kościół św. Lucii

Restauracja Miramont

sympatyczny Salwadorczyk

uliczki Suchitoto

fragment wykopalisk Joya de Ceren

odkopane  pozostałości budynków

ścieżka  pomiędzy wykopaliskami

odkopane budowle

kolejne odkopane budowle

Boże Narodzenie na ulicach

tu już czuć święta

tym samochodem jedzie Mikołaj

w restauracji grała orkiestra

wyrób tortili

uliczka w Suchitoto

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz