wtorek, 25 listopada 2014

24 listopada 2014 r. Gwatemala

24 listopada 2014 r.  Gwatemala

Wyjazd o 6.30. Pakujemy się sprawnie. Niestety wbrew zapowiedziom recepcjonistki nie ma żadnej taksówki ani tuk-tuka. W końcu nadjeżdża i tuk-tuk i taksówka jednocześnie. Decydujemy się na tuk-tuka za namową recepcjonistki, iż będzie taniej. Z trudem mieścimy się z walizkami. Podjeżdżamy na dworzec autobusowy. Kierowca zażądał od nas 10 Qezali. Daję mu 50, a on bezczelnie wydaje 30 twierdząc, że po 10 od łba. Oczywiście tyle to kosztuje taksówką, ale co z gardła mu nie wyrwę tych 10 Qezali. Może za to oszustwo będzie miał zły tydzień. W tym czasie jakiś facet zabrał nasze walizki i wsadził je do autobusu. Pytamy go, czy na pewno autobus do Rio Dulce. On potwierdza. Pytamy ludzi w autobusie też mówią "si". Nie bardzo mi się ten autobus podoba, bo wygląda jak lepszy "chickenbus", a nie pierwsza klasa. Na naszych siedzą jacyś ludzie.  Oni wysiadają idą do kierowcy z pretensjami. Pokazujemy bilety. Kierowca każe nam pozostać na miejscu. W końcu ruszamy. Autobus zatrzymuje się co chwila. Po dwóch godzinach jazdy do akcji rusza konduktor. Gdy pokazujemy bilety konsternacja. Każe nam płacić, bo to autobus do Hondurasu i jeszcze na dodatek innej kompanii autobusowej Każą nam wysiąść. Na szczęście w autobusie był człowiek anglojęzyczny, który wytłumaczył nam o co chodzi. Wysiadamy z walizami i ciągniemy je po bruku do wskazanego budynku, który miał być terminalem Linea Dorada, której to firmy miałyśmy bilety. Oczywiście droga daleka. Bierzemy tuk-tuka, który podwozi nas pod terminal. Lidka zostaje z bagażami, a ja idę wyjaśniać sprawę. Zdążyłam pokazać bilety, gdy słyszę przeraźliwy krzyk Lidki . Gonię do niej, a ona stoi przed autobusem, który w tym momencie nadjechał . Lidka zostawiła bagaże i ruszyła zatrzymać autobus. Nie była pewna, czy to nasz autobus, ale był duży i ładny. Szczęśliwa gwiazda nas nie opuszcza. To był nasz autobus, którym powinnyśmy jechać już z Flores. Nasze miejsca były oczywiście puste. Klasa autobusu też była inna. Autobus już nigdzie się nie zatrzymał. Dojechałyśmy do Rio Dulce na 10.30. Tu na przystanku facet pokazał nam drogę do portu. Do Livingstone można dotrzeć tylko drogą wodną. W porcie okazuje się, że następny statek do Livingstone mamy o 14. Kobieta w kasie powiedziała nam, że płynie się dwie godziny. Facet proponuje nam przewóz za 700 qezali. Oczywiście nie możemy się zgodzić. Na dodatek nie mamy już qezali. Lecę do banku wymienić kasę. Gdy wracamy dogadujemy się, że za 400 qezali zawiozą nas . Płyniemy bardzo szybka małą łódką najpierw przez jezioro, a potem przełomami rzeki Rio Dulce. Przełomy są piękne. Wysokie białe skały porośnięte zielenią odbijająca się w rzece. Widoki wspaniałe. Ciągle jakieś zakręty. Ciągle mamy wrażenie, że łódka zmierza wprost na skały, a w ostatniej chwili zakręca we właściwą stronę. Po godzinie dojeżdżamy do portu. Wysiadamy z walizami jak amerykańskie turystki. Podchodzi do nas facet i pomaga z walizkami. Doradza nam hotel i wskazuje miejsce gdzie załatwimy bilety do Belize. Do hotelu idziemy na piechotę. główną ulicą.  pod bardzo stroma górę. Nie mogę podciągnąć walizki . Pomaga mi chłopiec, który jedzie na rowerze. W końcu docieramy do hotelu. Właściwie to tak jak agroturystyka. Dom leży bezpośrednio nad morzem. Zostawiamy rzeczy i idziemy do centrum, czyli tej stromej ulicy. Tu właściwie wszystko się kręci. Zupełnie inny świat. Pełno czarnoskórych. To lud Garifuna. Inni ludzie, inna muzyka, inne stroje. Bardzo dużo mężczyzn z dredami w czapkach Boba Marleya. Pełno różnych dziwaków. Trudno uwierzyć, że to ta sama Gwatemala co wczoraj. Chodzimy po uliczkach podglądamy ludzi. Jest tak gorąco, że postanawiamy iść nad morze. Tu przecież morze karaibskie. Jednak plaża nie zachęca do dłuższego pobytu na niej. Jest brudna. Wracamy do miasta na kolację. Spotykamy naszego faceta z portu. Poleca nam knajpkę z zupą z owoców morza. -Tapado. Zupa pycha. Mnóstwo owoców morza, ryby i super smak. Ja wzięłam rybę w sosie z tamaryny. Też pycha. Do tego  rum z lodem. To się nazywa kolacja. Wracamy do pokoju. Jest piekielnie gorąca. W pokoju ukrop. Jest klimatyzacja, ale nie działa. Facet oświadcza nam, że cena nie obejmuje klimatyzacji. Przeklęty złodziej. Jakoś dzień zaczęłyśmy od oszukańca i kończymy na oszukańcu. Na dodatek internet nie chce tu działać.
Rio Dulce

namorzyny na jeziorze

wapienne skały  przełomów Rio Dulce

wysokie brzegi Rio Dulce

Dopływamy do Livingston

pogawędka na molo
kolejny "prawdziwek"
miejska pralnia
długie włosy, kapelusz i jest oryginał

wspaniała zupa z owoców morza
z takich porcji jesteśmy zadowolone
widoki w drodze do Livingstone
wapienne brzegi Rio Dulce
przełomy Rio Dulce
niesamowita zieleń wzdłuż rzeki
przełomy Rio Dulce
Livingstone
to jest gniazdo wikłacza
kolejny cudak
zbiorowe pranie w pralni  miejskiej
sądząc po figurze apetyty dopisują
chyba czapla
na ulicach Livingstone większość  to czarni
piękny zachód słońca
miła pogawędka na  krawężniku
nasz samozwańczy przewodnik po wyspie

zieleń schodzi do wody




















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz