24 listopada 2014 r. Gwatemala
Wyjazd o
6.30. Pakujemy się sprawnie. Niestety wbrew zapowiedziom recepcjonistki
nie ma żadnej taksówki ani tuk-tuka. W końcu nadjeżdża i tuk-tuk i
taksówka jednocześnie. Decydujemy się na tuk-tuka za namową
recepcjonistki, iż będzie taniej. Z trudem mieścimy się z
walizkami. Podjeżdżamy na dworzec autobusowy. Kierowca zażądał od
nas 10 Qezali. Daję mu 50, a on bezczelnie wydaje 30 twierdząc, że
po 10 od łba. Oczywiście tyle to kosztuje taksówką, ale co z
gardła mu nie wyrwę tych 10 Qezali. Może za to oszustwo będzie
miał zły tydzień. W tym czasie jakiś facet zabrał nasze walizki
i wsadził je do autobusu. Pytamy go, czy na pewno autobus do Rio
Dulce. On potwierdza. Pytamy ludzi w autobusie też mówią "si".
Nie bardzo mi się ten autobus podoba, bo wygląda jak lepszy
"chickenbus", a nie pierwsza klasa. Na naszych siedzą jacyś ludzie. Oni wysiadają idą do kierowcy z pretensjami. Pokazujemy
bilety. Kierowca każe nam pozostać na miejscu. W końcu ruszamy.
Autobus zatrzymuje się co chwila. Po dwóch godzinach jazdy do akcji
rusza konduktor. Gdy pokazujemy bilety konsternacja. Każe nam płacić,
bo to autobus do Hondurasu i jeszcze na dodatek innej kompanii
autobusowej Każą nam wysiąść. Na szczęście w autobusie był człowiek anglojęzyczny, który wytłumaczył nam o co chodzi.
Wysiadamy z walizami i ciągniemy je po bruku do wskazanego budynku,
który miał być terminalem Linea Dorada, której to firmy miałyśmy
bilety. Oczywiście droga daleka. Bierzemy tuk-tuka, który podwozi
nas pod terminal. Lidka zostaje z bagażami, a ja idę wyjaśniać
sprawę. Zdążyłam pokazać bilety, gdy słyszę przeraźliwy krzyk
Lidki . Gonię do niej, a ona stoi przed autobusem, który w tym
momencie nadjechał . Lidka zostawiła bagaże i ruszyła zatrzymać
autobus. Nie była pewna, czy to nasz autobus, ale był duży i ładny.
Szczęśliwa gwiazda nas nie opuszcza. To był nasz autobus, którym
powinnyśmy jechać już z Flores. Nasze miejsca były oczywiście
puste. Klasa autobusu też była inna. Autobus już nigdzie się nie
zatrzymał. Dojechałyśmy do Rio Dulce na 10.30. Tu na przystanku
facet pokazał nam drogę do portu. Do Livingstone można dotrzeć
tylko drogą wodną. W porcie okazuje się, że następny statek do
Livingstone mamy o 14. Kobieta w kasie powiedziała nam, że płynie
się dwie godziny. Facet proponuje nam przewóz za 700 qezali.
Oczywiście nie możemy się zgodzić. Na dodatek nie mamy już
qezali. Lecę do banku wymienić kasę. Gdy wracamy dogadujemy się, że
za 400 qezali zawiozą nas . Płyniemy bardzo szybka małą łódką
najpierw przez jezioro, a potem przełomami rzeki Rio Dulce. Przełomy są piękne. Wysokie białe skały porośnięte zielenią odbijająca
się w rzece. Widoki wspaniałe. Ciągle jakieś zakręty. Ciągle mamy
wrażenie, że łódka zmierza wprost na skały, a w ostatniej chwili
zakręca we właściwą stronę. Po godzinie dojeżdżamy do portu.
Wysiadamy z walizami jak amerykańskie turystki. Podchodzi do nas
facet i pomaga z walizkami. Doradza nam hotel i wskazuje miejsce gdzie załatwimy bilety do Belize. Do hotelu idziemy na piechotę. główną ulicą. pod bardzo stroma górę. Nie mogę podciągnąć walizki . Pomaga mi
chłopiec, który jedzie na rowerze. W końcu docieramy do hotelu.
Właściwie to tak jak agroturystyka. Dom leży bezpośrednio nad
morzem. Zostawiamy rzeczy i idziemy do centrum, czyli tej stromej
ulicy. Tu właściwie wszystko się kręci. Zupełnie inny świat.
Pełno czarnoskórych. To lud Garifuna. Inni ludzie, inna muzyka, inne
stroje. Bardzo dużo mężczyzn z dredami w czapkach Boba Marleya.
Pełno różnych dziwaków. Trudno uwierzyć, że to ta sama Gwatemala
co wczoraj. Chodzimy po uliczkach podglądamy ludzi. Jest tak
gorąco, że postanawiamy iść nad morze. Tu przecież morze
karaibskie. Jednak plaża nie zachęca do dłuższego pobytu na
niej. Jest brudna. Wracamy do miasta na kolację. Spotykamy naszego
faceta z portu. Poleca nam knajpkę z zupą z owoców morza. -Tapado.
Zupa pycha. Mnóstwo owoców morza, ryby i super smak. Ja wzięłam
rybę w sosie z tamaryny. Też pycha. Do tego rum z lodem. To
się nazywa kolacja. Wracamy do pokoju. Jest piekielnie gorąca. W
pokoju ukrop. Jest klimatyzacja, ale nie działa. Facet oświadcza nam,
że cena nie obejmuje klimatyzacji. Przeklęty złodziej. Jakoś dzień
zaczęłyśmy od oszukańca i kończymy na oszukańcu. Na dodatek
internet nie chce tu działać.
 |
| Rio Dulce |
 |
| namorzyny na jeziorze |
 |
| wapienne skały przełomów Rio Dulce |
 |
| wysokie brzegi Rio Dulce |
 |
| Dopływamy do Livingston |
 |
| pogawędka na molo |
 |
| kolejny "prawdziwek" |
 |
| miejska pralnia |
 |
| długie włosy, kapelusz i jest oryginał |
 |
| wspaniała zupa z owoców morza |
 |
| z takich porcji jesteśmy zadowolone |
 |
| widoki w drodze do Livingstone |
 |
| wapienne brzegi Rio Dulce |
 |
| przełomy Rio Dulce |
 |
| niesamowita zieleń wzdłuż rzeki |
 |
| przełomy Rio Dulce |
 |
| Livingstone |
 |
| to jest gniazdo wikłacza |
 |
| kolejny cudak |
 |
| zbiorowe pranie w pralni miejskiej |
 |
| sądząc po figurze apetyty dopisują |
 |
| chyba czapla |
 |
| na ulicach Livingstone większość to czarni |
 |
| piękny zachód słońca |
 |
| miła pogawędka na krawężniku |
 |
| nasz samozwańczy przewodnik po wyspie |
 |
zieleń schodzi do wody
|
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz