25 listopada 2014 r. Belize
Pobudka o 5.30
Wypijamy herbatę . Mnie coś ugryzło w nocy . Mam spuchniętą
twarz. Wyglądam jakby mnie ktoś pobił. Ozięble żegnamy się z
właścicielem . Podjeżdża taksówka. , chociaż Kassandra
przewidywała, że nie przyjedzie, albo nie dojedzie. Dojeżdżamy do
portu. Facet chce 8 dolarów za podwózkę 1 km. Płacimy mu
dolara. Pakujemy się na łódkę, jest nieduża. Tylko 15 osób, ale
komplet pasażerów. Płyniemy godzinę i już jesteśmy w Belize.
Szybka odprawa paszportowa, kontrola walizek i już dalsza droga.
Obok znajduje się dworzec autobusowy. Autobus do Belize City mamy
o 10.00. Kupujemy bilety, zostawiamy bagaże i idziemy na śniadanie.
Zamawiam kurczaka z fasolą. Lidka omlet z serem i warzywami. Przynoszą mi kurczaka i fasolę, której wygląd przyprawia Lidkę o śmiech. Rzeczywiście fasola wygląda jak kupa gówna, ale jest
smaczna. Kelnerka już tradycyjnie chce nas oszukać. O 10,00 wsiadamy do
autobusu. Autobus to zwykły chickenbus, z twardymi siedzeniami, bez
klimatyzacji, nie właściwie to jest, bo klimatyzacja to otwarte okna. Po dwóch
godzinach jazdy zatrzymujemy się przed sklepem. Można zrobić
zakupy. Dochodzimy do wniosku, że podróż potrwa długo. No i
rzeczywiście. Po 4 godzinach miałyśmy dosyć siedzenia. Ale ludzie,
którzy stali mieli jeszcze gorzej. Wszyscy tu podróżują z
dziećmi. Z nudów robimy im zdjęcia. Denerwuję się, bo mamy płynąć na Caye Caulkner wyspę
na morzu karaibskim, a z przewodnika wynika, że ostatnia łódź
odpływa o 16.00.Podróż trwała 6,5 godziny. Wysiadamy w Belize
City. Razem z 3 innymi turystkami bierzemy busika i jedziemy do
portu. Okazuje się ,że jest jeszcze jeden rejs o 17.30. Kupujemy
bilety po 11 dolarów, oddajemy bagaże i mamy trochę wolnego czasu.
Nie chce się nam nigdzie chodzić. Jest strasznie gorąco.
Punktualnie odpływamy. Robi się ciemno. Na niebie pojawiają się
błyskawice. Wygląda to wspaniale. Niestety nie dla wszystkich,
niektórzy się boją. Widać, że błyski są daleko i na dodatek nie
są to typowe błyskawice. Po godzinnym płynięciu docieramy do Caye
Caulkner Jest to wyspa koralowa na morzu karaibskim. Cała piaszczysta. Wokół
znajdują się rafy koralowe. Znajdujemy hotel przy plaży. Jest
cholernie gorąco, ale Lidka upiera się by pokój był bez
klimatyzacji, przekonuje że w nocy zrobi się chłodno. No
zobaczymy. Mam złe przeczucia. Idziemy na kolację. Tu aż roi się
od wspaniałych propozycji lobster, muszle, ryby i wszelkiej maści
owoce morza za bezcen. Lidka mimo, że wcześniej mówiła, że kończy
z owocami morza zamawia szaszłyki z krewetek. Ja pozostaje przy
rybie. Porcje słuszne, ale przecież dzisiaj jeszcze nic nie jadłyśmy a jest już po 20.00.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz